Zapraszamy do lektury bloga, w którym Elżbieta – zaangażowana nauczycielka i inicjatorka wielu ekologicznych działań dzieli się z nami swoimi przemyśleniami oraz zamiarami związanymi z edukacją ekologiczną dzieci szkolnych i lokalnej społeczności.

15 marca 2012

Międzypokoleniowy eko-łącznik

To już półmetek roku szkolnego. Wiele zadań za nami, wiele przed… A ekologia? Zgłosiliśmy naszą szkołę do ogólnopolskiego konkursu „Promotor ekologii”, dokładnie opisując i obrazując naszą już kilkuletnią pracę na rzecz środowiska.

Uczniowie uczestniczyli w dwóch konkursach o tematyce przyrodniczej. Wzięli udział w edukacyjnym wyjeździe do leśniczówki położonej na terenie pobliskiego rezerwatu Wydymacz.

Uczestniczyliśmy w rajdach pieszych po okolicy: jesiennym i zimowym. Kontynuujemy też zbiórkę surowców wtórnych w ramach szkolnego konkursu: „Wielki problem różnej wagi”. Dzieci zbierają odpady w domu: baterie, plastikowe nakrętki i aluminiowe puszki, a raz w miesiącu, w jego imieniny, przynoszą do szkoły, gdzie odbywa się ich ważenie. Skąd taka nazwa konkursu? Raz, że waga jako ciężar zbieranych surowców jest różna (najcięższe są baterie, później puszki, na końcu nakrętki), dwa – różny stanowią problem dla środowiska (np. problem największej wagi to niewątpliwie baterie). Dzieci oczywiście trzeba motywować („coś za coś”- upominki, nagrody miesiąca, nagrody i dyplomy za I etap, nagrody końcowe), przypominać o terminach zbiórki, celach konkursu, itp. Toteż na głównym korytarzu szkolnym jest stały Eko- kącik, gdzie znajduje się gazetka informacyjna. Jest na niej regulamin, plakaty i hasła reklamowe. Przypinam tam też karteczki z kolejnymi datami zbiórek oraz dowody przekazania zebranych odpadów do Punktu Skupu.

Myślę, że oprócz wyrabiania właściwych nawyków w zakresie ekologii i faktycznych działań na rzecz ochrony przyrody taką wymierną korzyścią prowadzenia konkursu jest też pozyskanie funduszy, które będzie można spożytkować na cele szkolne. A wiadomo przecież, że tutaj każdy grosz też ma swoją wagę. Potrzeb mniejszych i większych jest wiele, w przeciwieństwie do ilości pieniędzy, które są do dyspozycji…

Zakończenie konkursu planujemy na koniec tego roku szkolnego, a potem… wymyślimy jakiś inny. Działanie, nauczanie i uświadamianie musi być ciągłe i systematyczne, gdyż niestety z moich obserwacji wynika, że ogólny poziom samokontroli dzieci w zakresie ekologii choć coraz lepszy, nadal jest niezadowalający i potrzeba jeszcze dużo czasu i pracy zanim to się zmieni. Jak nikt nie widzi, jak nie mam z tego korzyści – to po co? Papierek – pod nogi, kubeczek po jogurcie – do najbliższego kosza z odpadami komunalnymi, itp., itd…

Wielu – i tym mniejszym, i tym większym wciąż się wydaje, że są sprawy ważniejsze. Segregowanie? Odwożenie do odpowiednich pojemników? Kompostowanie? A po co sobie zawracać tym głowę. Kto by się tym przejmował. Po co tracić czas. Globalne ocieplenie? Kiedy to będzie? Na pewno nie za naszego życia. Wymieranie całych gatunków roślin i zwierząt? Są jeszcze inne. Śmieci? Niech leżą, byle nie na moim podwórku. Takie jest jeszcze potoczne myślenie ludzi. Dorosłych, jak już kiedyś pisałam, nikt nie uczył właściwych zachowań, nie uczulał na zagrożenia, daleka od tego była nawet szkoła. Myślę, że dzieci i młodzież mogą być takim eko-łącznikiem międzypokoleniowym. Sami się wciąż uczą, ale mogą też już nauczać innych; działać i pokazywać jak coś można zrobić i po co. Duża jest nasza – nauczycieli rola. Trzeba nam złączyć siły, wykorzystać swoje pedagogiczne podejście oraz wiedzę i jednym frontem działać, działać, działać.

Bo przecież… przyroda nie jest gdzieś obok nas lecz nierozerwalnie i do końca (cokolwiek by to znaczyło) z nami złączona!

29 lutego 2012

 Ale cyrk

Był u nas w szkole cyrk. To znaczy – tak mówiły dzieci, najpierw: „Kiedy przyjedzie cyrk?”, później: „Był u nas cyrk”. W rzeczywistości wyglądało to tak: kilkanaście dni wcześniej przyjechał wysoki, elegancki pan i chodząc od klasy do klasy, zachęcał do skorzystania z możliwości uczestnictwa w przedstawieniu sztuki cyrkowej przygotowanej przez jego zespół. W wyznaczonym dniu, z samego rana podjechał załadowany po dach samochód. Przez dobre pół godziny dwie panie i pan (nie ten, który się wcześniej reklamował) wynosili różne skrzynki, paczki i paczuszki. Wszystko rozpakowano w sali gimnastycznej gdzie miało odbyć się przedstawienie, za kawałkiem kotary z napisem „CYRK”.

Zgromadzoną „publiczność” przywitała bardzo głośna muzyka i jedna z pań (z obcym, wschodnim akcentem). Najpierw zaprezentowała pokaz żonglerki piłkami, później innymi przyborami, zademonstrowała kilka sztuczek typu: coś jest, nagle znika; wcielała się też kilkakrotnie w rolę klowna. I to było, mówiąc językiem młodzieżowym, bardzo fajne.

Druga z pań zademonstrowała tresurę dwóch białych gołębi i psa – czarnego pudelka oraz taniec z wężem, dużym pytonem afrykańskim (?). Pan, szef jak się wkrótce okazało, zebrał pieniążki, a później wszystko tylko nadzorował. Po występie dzieci gromko klaskały; podobało im się, tym bardziej, że wcześniej mogły brać udział w sztuczkach, a także „pogłaskać” węża.

Ja natomiast czułam, delikatnie mówiąc, niesmak. Zwierzęta, czekając na występ i po nim trzymane były w nienaturalnych dla nich warunkach – w zamkniętych,  bardzo ciasnych skrzynkach; piesek był krótko uwiązany tuż przy jednej, strasznie głośno „ryczącej” kolumnie. Ogólnie był zdezorientowany i nerwowy. Łagodnie mówiąc, bardzo mi się to nie podobało! Kilkoro starszych dzieci też na ten problem zwróciło uwagę. Także polonistka, która wspomniała, że niedawno na jednej z lekcji przerabiała z uczniami wiersz o tematyce cyrkowej, kiedy m.in. omawiano problem wykorzystywania zwierząt cyrkowych dla przyjemności ludzkiej i ich ciężkiego losu.

Rozmawiałam na ten temat z występującymi, mówiąc, że ich wyuczona, trudna sztuka pokazu różnych umiejętności bardzo mi się podobała, ale występ ze zwierzętami już nie, gdyż to nie jest ich miejsce. Jedna z nich nieśmiało odpowiedziała, że ma takie samo zdanie, ale decyduje szef. Ten tylko rzucił: „one są przyzwyczajone”. ALE CZY WĄŻ lubiący spokojne wylegiwanie się na Słońcu; GOŁĘBIE kochające wolność, przestrzeń i latanie, wreszcie PIES, który ma z natury wyostrzony słuch i cierpi na skutek głośnych dźwięków – MOGĄ SIĘ KIEDYKOLWIEK DO TAKIEGO ŻYCIA PRZYZWYCZAIĆ I BYĆ CHOĆ W NAJMNIEJSZYM STOPNIU SZCZĘŚLIWE Z LOSU JAKI ZGOTOWAŁ IM CZŁOWIEK ???!!! Na pewno nieeeeeeeeeeeeeee!  I głośno wołam, za wieloma, z takimi samymi poglądami jak ja – „STOP CYRKOM, W KTÓRYCH WYKORZYSTUJE SIĘ  ZWIERZĘTA!”; „CYRK TAK, ALE BEZ ZWIERZĄT!”; „CYRK – TAK, TRESURA – NIE!”; „CYRK JEST ŚMIESZNY, ale NIE DLA ZWIERZĄT!”.

Paul McCartney – wegetarianin i obrońca praw zwierząt wypowiedział się kiedyś publicznie tak: „Serce kraje mi się na widok tych nieszczęsnych zwierząt uwięzionych w ciasnych klatkach. Wyobrażam sobie jak muszą się czuć, gdy nikogo nie obchodzą ich elementarne potrzeby”…

Każdy  kto ma odrobinę empatii myśli tak samo.

11 stycznia 2012

 Samo życie…
Sześć miesięcy, lub jak kto woli, pół roku… tyle już minęło od ostatniego mojego wpisu, tyle się przez ten czas wydarzyło… zmieniło. Były: uśmiech i łzy, zwątpienie i nadzieja, choroby i radość z wyzdrowienia, śluby, narodziny i śmierć.  Oj… a ta w rodzinie zebrała żniwo. Trzy pogrzeby w czasie wakacji i dwa całkiem niedawno. Można powiedzieć „samo życie”, nie lubiące rutyny, nudy i stabilności. Jakby celowo stawiające kłody pod nogi, abyśmy umieli  na chwilę się zatrzymać i docenić to, czego na co dzień nie zauważamy, z czego nie umiemy się cieszyć… Zawsze mówię, że na pewne rzeczy nie mamy wpływu, trudno się często z czymś pogodzić, ale jednocześnie to co takie trudne, jeśli nas „nie zabije”, to wzmocni. Warto wtedy wykorzystać te nowe siły na dobre zmiany, na zrobienie czegoś… może niekoniecznie dla siebie.

I tego życzę Wszystkim w Nowym Roku 2012: żeby umieć pogodzić się z tym na co nie mamy wpływu, żeby zmieniać na lepsze to na co wpływ mamy i  żeby wystarczyło sił na jedno i drugie.

Pamiętajmy…  Tak niewiele nam potrzeba, by przytulić się do nieba… Zdrowia, szczęścia, bliskich blisko… i miłości ponad wszystko!

20 czerwca 2011

 W Parczewie WIOSNA znów EKOLOGICZNA!

Opiszę dziś, w dość dużym skrócie, nasze eko-działania w ostatnim czasie.

Uczniowie Szkoły Podstawowej w Parczewie, wraz z nadejściem wiosny 2011, po raz kolejny wzięli udział w cyklu zajęć o charakterze przyrodniczo-ekologicznym.

W kwietniu, z okazji Święta Ziemi, dzieci z klasy II pod kierunkiem wychowawczyni, przedstawiły  barwny i wymowny program artystyczny. Na tle ciekawej, zielonej scenografii, opowiedziały o lesie, jego znaczeniu dla świata organizmów żywych i zagrożeniach dla środowiska, związanych z destrukcyjną w stosunku do niego działalnością człowieka. Po apelu wszyscy wyruszyli na tropienie przykładów takiej działalności… Wokół szkoły, także w miejscowym parku, zebrano kilka pokaźnych worków śmieci!

W tym dniu ogłoszono eko-konkurs pod nazwą „Wielki problem różnej wagi”. Jego głównym celem jest nauka selektywnej zbiórki odpadów oraz dalsze uświadamianie jak wielkim są one problemem dla współczesnego świata. W szkole tego typu konkursy stały się już tradycją. W przerwach pomiędzy nimi uczniowie zbierają i segregują odpady w domach, by w odpowiednim czasie przynieść do szkoły. Tym razem zbiórka dotyczy baterii (gdyż jest to odpad najbardziej niebezpieczny i najcięższy), puszek aluminiowych oraz plastikowych nakrętek (choć może wagowo najlżejsze, a i skala zagrożenia z nimi związana najmniejsza, to także są warte uwagi, czyli zbierania w celu dalszego ich wykorzystania). Konkurs podzielony na etapy, planuje się zakończyć w grudniu 2011 r. Jest nadzieja, może nie na całkowite pozbawienie problemu, ale na pewno na oczyszczenie najbliższego środowiska z wielu kilogramów tych śmieci.

13 maja 2011 r. wszyscy uczniowie szkoły wraz z opiekunami wyruszyli na „zieloną lekcję w lesie” do leśniczówki w Wielowsi. Gospodarz tego ładnego miejsca, pan leśniczy, w czasie kilku spędzonych tam godzin, przybliżył nam strukturę, życie i znaczenie okolicznych lasów oraz specyfikę pracy leśników. Odpowiadał na szereg pytań, zarówno wcześniej przez uczniów przygotowanych, jak i spontanicznych. Wśród pytań były te, które dotyczyły pracy leśnika, mieszkańców lasu, ekologii jak i znaczenia lasów. Na koniec odbyła się wspólna biesiada przy pieczonych kiełbaskach. Ta ciekawa i pouczająca wyprawa była możliwa dzięki życzliwości pracowników Urzędu naszej Gminy, który sfinansował przejazd autokarem, a także rejonowego Nadleśnictwa – fundatora poczęstunku.

Po wycieczce uczniowie ugruntowali wiedzę, wypełniając ankietę ewaluacyjną, wykonując prace plastyczne oraz redagując przeprowadzony z leśniczym wywiad. Zwieńczeniem dzieła było przygotowanie wystawy pt.: „Echo wycieczki do lasu”.

Kolejnym fascynującym przeżyciem było zorganizowane w szkole, 3 czerwca 2011 r., spotkanie z ornitologiem, przyrodnikiem, z Południowowielkopolskiej Grupy Ogólnopolskiego Towarzystwa Ochrony Ptaków i jednocześnie wykładowcą na Uniwersytecie Przyrodniczym w Poznaniu. W czasie przeprowadzonych w dwóch grupach wiekowych zajęć odbyła się wycieczka po okolicy, do parku i nad staw oraz pokaz autorskich slajdów wraz z komentarzem. Uczniowie uczyli się rozpoznawać rośliny, ptaki oraz inne elementy krajobrazu. Wspólnie wsłuchiwano się w odgłosy ptaków, wypatrzono też kilka ich gatunków, m.in. gołębie sierpówki, jaskółki dymówki, szpaki i wróble.

Ciekawostką były gniazdujące tylko w nielicznych wsiach Południowej Wielkopolski jerzyki. Na stawie obserwowano parę łabędzi niemych z kilkoma małymi, puchowymi pisklętami oraz dorosłą kokoszkę, z pisklęciem tego gatunku. Gość przybliżył też uczniom projekt „Blisko bocianów”, czyli internetowy monitoring rodziny bocianiej na gnieździe przy Urzędzie Gminy w Przygodzicach, a na tablicy interaktywnej w klasie na żywo oglądano przekaz ze strony www.bociany.ec.pl. Pełną relację z tego spotkania można przeczytać na internetowej stronie www.pwg.otop.org.pl.

Uczniowie szkoły w Parczewie, tworząc jedyną w gminie Sieroszewice pieszą grupę turystyczną, pod nazwą EKO-ŁAZIKI od kilku lat organizują rajdy po okolicy bądź uczestniczą w tych organizowanych przez ostrowski PTTK. W ten sposób propagują zdrowy sposób spędzania wolnego czasu, ekologiczne przemieszczanie się i jednocześnie najlepiej jak można, bo pieszo, poznają najbliższą okolicę i jej walory.

Zwieńczeniem wiosennej aktywności przyrodniczej jest udział uczniów klasy IV i V w IX Powiatowym Konkursie „Region, w którym mieszkasz”- LAS.

Wszystkie w/w działania miałam przyjemność osobiście organizować i koordynować.

Przyniosły mi one satysfakcję i niewymierne korzyści: poznawcze, edukacyjne oraz te natury estetycznej, ponieważ jeszcze bardziej uwrażliwiły mnie na piękno, zagadkowość i zarazem kruchość tego świata.

Z ekologicznym pozdrowieniem – Elżbieta
29 kwietnia 2011

 Życie to są chwile…

Mijają dni, mijają całe pory roku. Zieleniejący się świat, kępka krokusów w moim ogrodzie… To przecież dopiero co było… Często przypomina mi się film „Dzień Świstaka” i wydaje mi się, że to ja jestem jego bohaterką. Nie, nie! Nie wprawia mnie to w jakąś czarną rozpacz, ale zmusza do refleksji nad sprawami niepojętymi i nieodgadnionymi,  zarazem intrygującymi i pięknymi. Ogrom i tajemnica wszechświata, samoistnie zachodzące zmiany w przyrodzie, cud narodzin i życia – sprawy, które z racji tego, że uczę przyrody zmuszają mnie do ciągłych przemyśleń. Uczniowie zadają nieoczekiwane pytania, ja poszukuję na nie odpowiedzi i… wydaje mi się niekiedy, że coraz mniej rozumiem. Ale może tak ma być, bo czy wszystko trzeba pojmować racjonalnie? To, co wielkie, to na co nie mamy wpływu, pozostawmy siłom wyższym. Zamiast tego cieszmy się z drobnostek, jak choćby z radującej oczy kępki krokusów…

„Życie to są tylko chwile…” trafnie głoszą słowa piosenki. Dobre chwile dodają energii, siły napędowej, a niekiedy nadają sens życiu. Wydaje mi się, że tylko tak to pojmując, możemy poczuć się szczęśliwymi. Ale, żeby nie było tak filozoficznie przejdę na grunt ziemski, a konkretnie szkolny. Z racji tego, że jak już często podkreślałam, bardzo leży mi na sercu los zwierząt, szczęśliwymi dla mnie chwilami są na przykład te, kiedy obserwuję zachodzące zmiany u moich uczniów, związane z wrażliwością i wyczuleniem na krzywdę nie tylko ludzi, ale właśnie zwierząt. O ile o szacunku do człowieka i jego prawach zawsze mówiło się w szkole dużo, to o tym samym w stosunku do zwierząt niestety niewiele. Myślę, że czas to zmieniać.

Za to ukłon w kierunku mediów, zwłaszcza telewizji, a konkretnie stacji TVN, która prowadzi akcję: „Zwierzęta są jak ludzie…czują” (brawo dla autora świetnego hasła, zmuszającego do myślenia!). Moi uczniowie, Ci, którzy mają TVN ( a propos: szkoda, że telewizja publiczna, szerzej dostępna na wsi, nie podejmuje się realizacji podobnych projektów), odnoszą się do emitowanych reportaży, dzięki czemu podejmujemy dyskusje, oceniamy konkretne sytuacje i wyciągamy wnioski. Wszystko skutkuje w konkretnych sytuacjach; a to ktoś do mnie dzwoni, że leży potrącony przez samochód gołąb, innym razem pies, a to znów ktoś donosi o tym, że błąka się bezdomny pies, inny ktoś zgłasza, że przeniósł w bezpieczne miejsce żabę, że pomógł, doradził czy że przygarnął jakieś zwierzę.

Oczywiście nie jest idealnie, ale widzę, że dzieci coraz częściej reagują, mają świadomość jak się zachować, wpisują do swoich telefonów komórkowych numery alarmowe do organizacji pomagających w sytuacjach nagłych. Ewentualnie wykorzystują wiedzę, że mogą zadzwonić do mnie i wtedy wspólnie staramy się rozwiązać problem. Starają się też w tym kierunku edukować swoich rodziców. Niestety, zwłaszcza na wsi, myślenie niektórych dorosłych jest tak zakorzenione, że bardzo trudno z nim walczyć. Sama słyszałam, np. że pies ma być przy budzie (uwiązany, zamknięty), bo od tego jest lub że od zawsze tak było, czy też, że jest do tego przyzwyczajony… Mam nadzieję, że czas zmieni tę sytuację i nasz kraj w tym zakresie stanie się bardziej cywilizowany, bo wszystko wokół w Polsce szybko się zmienia, a stosunek do zwierząt nie! Cała nadzieja w młodym pokoleniu i dlatego tak bardzo cieszą mnie te opisane powyżej sytuacje związane z empatią dzieci wobec zwierząt.

Są to między innymi te chwile, które są dla mnie motorem do dalszej pracy pedagogiczno-ekologicznej…

21 marca 2011

  Wiosenne nadzieje

Dziś pierwszy dzień wiosny! Jak co roku, wielu z nas wiele sobie po niej obiecuje i sobie obiecuje. Zdanie trochę skomplikowane, więc śpieszę je nieco rozwinąć. Na przykład ja obiecuję wytrwać w postanowieniu zdrowszego odżywiania i podejmuję walkę przeciw złym nawykom w tym zakresie; czy mi się to uda?…Mam taką nadzieję. Wraz z nadejściem wiosny u większości rodzi się jakaś nadzieja (wszak wiadomo, że jest ona matką wszystkich i wszystkiego), nadzieja na te prawdziwe i fantazyjne zmiany w naszym życiu: naprawę podziurawionych jak szwajcarski ser dróg, cieplejsze dni, zrzucenie ciężkich ubrań, więcej pieniędzy (?), bo zaoszczędzimy na opale…

Ktoś liczy na nową miłość, ktoś na inne zmiany w swoim życiu. Wszyscy czekamy na zieleń i pozostałe kolory wiosny, które będą cieszyć nasze zmysły, ale i niestety…pod swoim płaszczem skryją bezmyślność, głupotę ludzką, żeby nie powiedzieć: podłość! Mam na myśli tony leżących śmieci, wciąż roznoszonych przez wiatr. Przykro patrzeć na otaczające krajobrazy: papiery, jednorazowe reklamówki i większe gabarytowo odpady! Są wszędzie: na polach, w rowach, lasach, przed domami i pomiędzy nimi. Stopniały śnieg odkrył ślady eko- przestępstwa człowieka wobec Ziemi, nas wszystkich i sobie samemu. Jednak wielu ludziom wcale to nie przeszkadza!

Jadąc codziennie przez te same miejscowości do pracy, widzę w tym samym miejscu te same odpady, a w dwóch nawet(!) rozkładające się zwłoki potrąconych prawdopodobnie przez samochody kotów! Gospodarze, zresztą całkiem z zewnątrz zadbanych domów, wciąż przechodzą koło nich, żeby wejść na swe podwórko i wcale im ten widok nie przeszkadza. Nie potrafię tego logicznie wytłumaczyć. Tak jak i tego… Wczoraj mąż, miłośnik rowerowych przejażdżek, wypatrując w lesie pierwszych oznak wiosny, wypatrzył… martwe zwierze. Wcale nie leśne. Dwadzieścia metrów od drogi, którą jechał, leżała ogromna, domowa świnia, prawdopodobnie maciora przed porodem lub po! Ktoś, tak zwyczajnie, czując się bezkarnym pozbył się kłopotu z własnego podwórka do lasu, który przecież nie jest jego, a właściwie, jak zapewne myśli, jest niczyj. Na znalezienie sprawcy nie ma szans, pozostaje więc zgłosić ten fakt odpowiednim służbom i z nadzieją czekać, czekać, czekać… na poprawę świadomości ludzi w tym zakresie.

Dostrzegam, jak syzyfową pracą jest wyrabianie właściwych nawyków ekologicznych, a zwłaszcza zmian w sposobie myślenia „dojrzałego pokolenia”. Podam prosty przykład. W ramach realizacji szkolnego projektu dużą wagę położyliśmy na konieczność i naukę segregowania odpadów. Urząd Gminy zakupił dla szkoły pojemniki i rozpoczęła się edukacja, nie tylko dzieci, ale i rodziców oraz pozostałych mieszkańców. Były liczne akcje, pogadanki, ankiety, wydano materiały edukacyjne. Osobiście zachęcałam na zebraniu z rodzicami, żeby przy okazji przywożenia dzieci do szkoły, przywozić do pojemników odpady zgromadzone wcześniej w domu. I dziś trochę tego żałuję…, bo w pojemnikach jest wszystko: od remontowych pozostałości – po odpady z cmentarza. Już kilkakrotnie, wspólnie z dziećmi wybierałam to, co bezmyślnie wrzucili dorośli, bo o ile jestem przekonana do wiedzy i umiejętności uczniów w tym zakresie, to widzę, że nauka dorosłych poszła w las. Koniecznością jest więc przypomnienie i utrwalenie wiadomości, czyli rozmowy i kolejne eko-ulotki. Aż do skutku! Bo mam jednak nadzieję na poprawę…
19 stycznia 2011

 Dom pilnie poszukiwany!    

Pod tym hasłem minął mi ostatni tydzień… Ale od początku. W zeszłą środę, w czasie jednej z przerw lekcyjnych, podbiegli do mnie uczniowie klasy szóstej oznajmiając, że ”pod oknem siedzą jakieś dwa psy.” Początkowo myślałam, że to miejscowe psiaki, które wybrały się na spacerek do naszego parku, ale jeden rzut oka… i wiedziałam że mamy (tj. mam) problem. Między żółtym a zielonym pojemnikiem do segregacji odpadów siedziały trzęsące się z zimna szczeniaki.

Zachwycone dzieci zaczęły je nawoływać, cmokać do nich, głośno wyrażać podziw nad ich wyglądem. Faktycznie były urocze, tylko skąd się tu wzięły? Rozważaliśmy dwie opcje: albo komuś uciekły i biegnąc dotarły aż tutaj, albo je podrzucono, licząc na to, że w takim miejscu znajdzie się ktoś, kto je przygarnie. Pośród ”ochów” i ”achów” dzieci, w mojej głowie zapaliła się czerwona lampka: nie można ich tak zostawić, bo nawet jeśli mają dom – i tak same do niego nie trafią, a jak je zostawimy bez opieki – oddalą się i niechybnie zginą pod kołami samochodów. Zaczęłam szybko myśleć, co zrobić. Najpierw odwiedziliśmy okoliczne posesje, pytając o właścicieli maluchów; niestety bez skutku. Ponieważ nikt z obecnych w szkole nie chciał zabrać ich do swojego domu, a i ja tego zrobić nie mogłam, postanowiłam w ekspresowym tempie poszukać dla nich domu zastępczego; zawiezienie do miejscowego schroniska dla bezdomnych zwierząt traktowałam jako ostateczność. Zapakowałam szczeniaki do samochodu i ruszyłam do domu rodziców mojej uczennicy; wiedziałam, że tam los zwierząt nie jest ludziom obojętny, a i siedziba na tymczasowy pobyt znalazłaby się. Nie pomyliłam się. Obiecałam jednak, że pieski najpóźniej w piątek zabiorę.

Rozpoczęło się intensywne działanie: napisaliśmy i rozwiesiliśmy ogłoszenia, uczniowie rozpytywali o właścicieli, a ja i moja rodzina szukaliśmy kogoś, kto mógłby je ewentualnie zaadoptować. Okazało się, że to wcale nie takie łatwe, czemu się zresztą nie dziwię; przecież przyjęcie pod swój dom żywej istoty to bardzo ważna decyzja na wiele lat, odpowiedzialność, odpowiednie warunki, zgoda wszystkich domowników, koszty związane z opieką, a nawet wyrzeczenia.

Nadszedł piątek i nic. Zapakowałam do samochodu, zgromadzone w ramach naszej szkolnej akcji ”Psi los”, wszystko to co przyniosły do szkoły dzieci: karmę, koce, zabawki i pojechałam do schroniska, przy okazji zapowiedzieć, że wieczorem muszę przywieźć znalezione szczeniaki. I co? Za dary pan kierownik podziękował i jednocześnie… odmówił przyjęcia piesków. Z powodu, jak mówił, braku miejsc. Poza tym powiedział to, co i ja wiedziałam – najlepiej poszukać dla nich domu; jednak gdyby się nie udało, w poniedziałek kojec dla nich będzie.

Na szczęście w tymczasowym miejscu pozwolono im jeszcze zostać. Sobota i niedziela- to telefony, odwiedziny, pytania i zachęcanie, rozsyłanie zrobionych pieskom zdjęć. Wydawało się, że wszystko na nic… Martwiłam się tym bardziej, że w schronisku panowała parwowiroza i koronowiroza (śmiertelne choroby atakujące młode, niezaszczepione psy).

W poniedziałek jechałam do szkoły bez humoru, ale tam… miła niespodzianka – jeden z piesków – jasnobrązowy zostaje na stałe u swoich tymczasowych opiekunów. Późnym popołudniem razem z córkami pojechałam po drugiego – śliczną, łaciatą suczkę. Założyłyśmy jej czerwoną obróżkę naszej bokserki, pozostałą z czasów, kiedy była maluchem, oczywiście, żeby jeszcze ładniej wyglądała i… obiecałyśmy na uszko, że znajdziemy jej dobry dom! Nie będę tu w szczegółach opisywać, jak upłynęło popołudnie i wieczór i jakich forteli używałyśmy, ale faktem się stało, że o 21.00 zapadła decyzja: jest dom dla małej suni!

Tej nocy ja i córki spałyśmy już spokojnie. Fred i Łajka, jak się dowiedziałam, wprawdzie nie, bo jeszcze bardzo przeżywają wszystko to, co je spotkało w ostatnich dniach, a także swoje rozdzielenie, ale przecież czas, tak jak i u ludzi leczy rany.

Mam nadzieję, że te dwa psiaki będą miały długie i szczęśliwe życie, a swoim właścicielom dostarczą wiele radości; tego zainteresowanym- z tego miejsca szczerze życzę!!!
20 grudnia 2010

 Co wspólnego ma wyspa kreta z naszą zimą?

Czas znowu uciekł, choć nie wiem gdzie i dlaczego… Ostatni mój odcinek – z 20 października? Nie chce mi się wierzyć! Zabierałam się parę razy do pisania, ale moje chęci z różnych powodów spełzły na niczym. A szkoda, bo chciałam na przykład przestrzec przed wczesną i srogą zimą. Czy coś by to dało? Pewnie nie, lecz ja miałabym małą satysfakcję. Ale do rzeczy.

Tej wiosny, podobnie jak w poprzednich latach, usłyszałam od męża „Znów mamy gościa”. Domyśliłam się, o kogo chodzi. Ton jego głosu i mina same mówiły za siebie. Pojawił się! Niestety, nie był to ktoś u nas mile widziany, a wręcz niepożądany. Miękkie, jedwabiste futerko, przylegające do ciała, krótki ogon, pokryty twardym włosiem, małe ukryte pod futrem oczy, dwa otwory na głowie pełniące funkcję uszu i zwrócone na zewnątrz łapy – przyczyna naszego niezadowolenia. To właśnie nimi kopie tunele o różnej głębokości, sięgające 70 cm w głąb ziemi i to nimi też dokopuje się do jej powierzchni, usypując hałdę, zwaną kretowiskiem. Jedną, drugą, trzecią… siódmą, ósmą… Kret, bo oczywiście o nim mowa, w swym zapędzie zapomina, że okrzyknięty jest zwierzęciem pożytecznym, a nie szkodnikiem, rujnującym ludziom misternie pielęgnowane trawniki, grządki czy rabaty. U nas do tej pory krążył, nie wkraczał na teren „zakazany” i nie czynił widocznych spustoszeń.

Wydawało nam się, że jego znakomity słuch wychwytywał różne dźwiękowe straszaki, które mu fundowaliśmy: piszczałki na baterie, aluminiowe puszki, plastikowe butelki zawieszone na kijach. Ale niestety, tylko do czasu. Latem, na samym środku ogrodu, pojawiła się „wspaniała”, wielka wyspa kreta. Śmiałam się nawet, że nie muszę daleko wyjeżdżać na egzotyczne wakacje, bo mam swoją wyspę… Mężowi, jako głównemu opiekunowi trawnika, wcale do śmiechu nie było. Pojawiły się nowe, odstraszające akcesoria. Przez jakiś czas była względna „cisza”, by jesienią doszło do zmasowanego ataku! Kopiec przy kopcu, jeden większy od drugiego. Trawnik wyglądał prawie jak pole uprawne. Żadne, ekologiczne sposoby przegonienia go nie skutkowały, a te radykalne, z racji moich i dzieci ekologicznych upodobań, nie wchodziły w grę. W końcu skapitulowaliśmy mając nadzieję, że po zimie już go u nas nie będzie.

No właśnie – zima. Przyszła nagle, ostra i nieprzewidywalna, natomiast przewidziana. Przez krety. Podobno są takie nadaktywne przed srogimi i długimi zimami. Oby to była tylko nic nieznacząca przepowiednia, bo już teraz bardzo mi żal zwierzaków, tych dzikich i tych domowych, którym niedane jest mieć odpowiedzialnych, wrażliwych opiekunów. Kiedy tylko otwieram drzwi, czy okno i uderza mnie przeszywający chłód mroźnego powietrza, zawsze myślę o nich… Czy wytrzymują ten chłód? Co można zrobić, jak pomóc? Na pewno trzeba mówić, rozmawiać, uwrażliwiać, podpowiadać.

W szkole, wspólnie z dziećmi, przygotowałam edukacyjno-informacyjne makiety i plakaty tematycznie związane z losem zwierząt i z przewodnim hasłem: „NIE TYLKO PAŹDZIERNIK MIESIĄCEM DOBROCI DLA ZWIERZĄT!”.  Zorganizowaliśmy, już po raz kolejny, akcję „Psi los”. Zebrane dary dostarczymy do lokalnego schroniska. Planuję też zaprosić na spotkanie z uczniami ludzi, których pasją i miłością są właśnie zwierzęta. Może będą potrafili zaszczepić u najmłodszych te cechy. Nasze szkolne, tegoroczne działania ekologiczne skupią się właśnie wokół właściwego traktowania wszystkich istot żywych. W planie są różne przedsięwzięcia… Na koniec pragnę się jeszcze pochwalić wyróżnieniem, jakie otrzymała nasza szkoła w ogólnopolskim Konkursie Przeglądu Komunalnego o Puchar Recyklingu.  Zostały docenione działania w zakresie zbiórki surowców wtórnych, spraw związanych z recyklingiem oraz szeroko pojętych działań edukacyjnych na rzecz ekologii.

Wyróżnienie odebrała dyrektor szkoły w czasie odbywających się w Poznaniu targów ekologicznych POLEKO, które miały miejsce na terenie MTP w listopadzie.

Cieszymy się, bo jest to kolejny dowód na to, że warto podejmować trud i „zabierać głos” w tak słusznej, uważam – priorytetowej, sprawie! 



20 października 2010

 Czas nie czeka, czas ucieka!

Witam po dłuuuuugiej przerwie, za to w czasie coraz krótszych dni… Takie są reguły przyrody i to jest jasne jak Słońce. Mniej jasne jest już to, że z coraz większym natężeniem odczuwam jakoby doba była krótsza niż dawniej. Wciąż mniej czasu i kołaczące się myśli, że coś jeszcze jest do zrobienia, że z czymś nie zdążę. I częste wyrzuty na koniec dnia z powodu tego, że to co zaplanowałam musi poczekać do jutra… Podobno odczucie coraz szybciej upływającego z wiekiem czasu ma związek z prawami fizyki; dla mnie osobiście mniej zrozumiałymi niż wspomniane prawa przyrody.

W szkole praca wre na całego. Po wakacjach ani śladu. Trochę się też już wydarzyło…  Zorganizowaliśmy Dzień Sprzątania Świata, dzięki któremu nasz przyszkolny teren, łącznie z  parkiem zaczął oddychać lepszym powietrzem… A jakie „skarby” znaleźliśmy?! Lepiej nie wspominać!

Ze swoimi Łazikami, grupą uczniów rozkochanych w chodzeniu, byłam na dwóch pieszych rajdach – we wrześniu na ogólnopolskim: „Jesień Chopinowska” w Antoninie i ostatnio – 15 i 16 października na dwudniowym: „Jesienne liście” po najbliższej okolicy, czyli po terenach gminy Sieroszewice. Zadziwiające jest to, że pomimo, iż dzieci mieszkają tu wraz z rodzinami od urodzenia i często przemieszczają się po nich, to jednak niewiele o nich wiedzą. Zarówno  historia tych miejscowości, jak i teraźniejszość są jedną wielką zagadką. Tym bardziej widzę celowość takiego spędzania wolnego czasu, bo przecież… cudze chwalimy, a swojego nie znamy! Nasza gmina ma bardzo piękne, malownicze miejsca pod względem przyrodniczym i kulturowym. Większa jej część należy do Obszaru Chronionego Krajobrazu „Dolina Prosny”, niewielką zaś stanowią „Wzgórza Ostrzeszowskie i Kotlina Odolanowska”.  Utworzone zostały tu dwa leśne rezerwaty przyrody pod ciekawie brzmiącymi nazwami: Niwa i Majówka. Znajdują się też pozostałości dawnych dworów, parki ze starym drzewostanem, stawami, grobowce ówczesnych dworskich właścicieli. Wszystko to w chwilach przybliżania historii skłania do zadumy, pozwala przenieść się w tamte czasy…

W świat bez samochodów, telewizorów, komputerów, telefonów. Świat dam w długich, rozłożystych sukniach, wolno spacerujących z parasolkami chroniącymi od Słońca po parkowych alejkach… Bez pośpiechu, zgiełku, hałasu, zapachu spalin, gryzącego w oczy dymu… Za to przy naturalnym akompaniamencie rechoczących żab i śpiewu ptaków…  Ach, choć na chwilę tam się przenieść! Na przykład za pomocą maszyny z filmu „ Powrót do przeszłości”… Czas pewnie przestałby tak gonić!

I jeszcze jeden aspekt, ten współczesny. W czasie tych wędrówek po wsiach zauważyć można i pozytywne strony ich rozwoju. W wielu miejscach stoją już pojemniki do segregacji. Nie są puste (choć nie wszyscy jeszcze pamiętają, bądź nie mają takiej wiedzy, że wrzucając butelki ,trzeba odkręcić i zgnieść). Coraz więcej zwierząt żyje w godziwych warunkach. Pies jest traktowany jak przyjaciel człowieka i członek rodziny, a nie rzecz mająca szczekać. To cieszy, choć niestety nie jest regułą. Dlatego w tym roku szkolnym, nasze uświadamiające działania edukacyjne chcemy poświęcić przede wszystkim temu problemowi. Pierwsze kroki już za nami… Ale o tym w następnym odcinku.

3 września 2010

  Moje zwierzę – moja sprawa!

Witam i pozdrawiam wszystkich u progu nowego roku szkolnego 🙂 Wakacyjny czas  minął mi bardzo szybko, ale na szczęście spokojnie…

To, czym chciałabym się dziś podzielić z Wami dotyczy… oczywiście losu zwierząt. Nadal świadomość u części naszego, polskiego społeczeństwa w tym zakresie jest niestety niewielka lub żadna. Dla wielu zwierzęta są jak przedmioty, których zdrowie i życie, nie mówiąc o samopoczuciu, nie mają żadnych wartości. Wielokrotnie rozmawiam na te tematy z ludźmi i wiem, co piszę oraz jak trudno to zakorzenione od pokoleń myślenie zmienić.

Podam przykład. Z mojego okna widzę psa, w tej chwili rocznego, zamkniętego całymi dniami w małym kojcu z tyłu domu, gdzie niewiele się dzieje. Codziennie obserwuję jego znudzenie, wielogodzinne wypatrywanie kogoś z domowników, słyszę sfrustrowane szczekanie lub popiskiwanie, uderzenia w garnek, w którym podaje mu się posiłki, a wszystko po to, żeby zwrócić na siebie swoją uwagę, żeby rozładować nagromadzone emocje. Młody, roczny pies, którego  – jak wiadomo – rozpiera energia. Uwięziony i bezbronny, skazany na łaskę swoich właścicieli, którzy wzięli go, żeby pilnował domu.

Ale jak ma to robić, jeśli jest zamknięty? Wydaje mi się, że jest to dla niego podwójnie stresujące, bo przecież wzorem swoich przodków pies nie lubi samotniczego życia, potrzebuje stada i pełnej w nim akceptacji. Takim stadem staje się dla psa rodzina, do której przybywa w pewnym okresie swego życia. Odizolowany od niego, a dodatkowo niemogący spełnić się w roli jego obrońcy jest wiecznie nieszczęśliwy. I co z tego, że jest czasami wypuszczany na noc. Po pierwsze nie jest to zwierzę, które prowadzi nocny tryb życia i wtedy najchętniej śpi, a po drugie przecież on chce spędzać czas z ludźmi, a Ci wtedy właśnie idą spać! Jest jeszcze jedno. Latem, kiedy często upały sięgają zenitu, szukamy miejsca i sposobu na schłodzenie ciała. Zamknięte zwierzę takiej możliwości nie ma. Ludzie jemu ją odbierają i tym samym skazują na fizyczne cierpienie, zapominając także o tym, że my się rozbieramy, żeby było nam chłodniej, pies sierści nie zrzuci, że my mamy lepszy system regulacji, w związku z licznymi gruczołami potowymi rozmieszonymi na skórze całego ciała, a pies takich nie ma; jedyne, jakie są, znajdują się na poduszeczkach łap. A dostęp do wody? Czy zawsze jest? Czy woda jest wymieniana, bo jest ciepła lub brudna?

Rozmowy o tym wszystkim są trudne, bo ludzie uważają, że to jest ich pies i ich sprawa; dostaje jeść, nie jest bity, to, o co chodzi? A zresztą, jak usłyszałam –  „dziadek trzymał psa w kojcu i było dobrze”. Faktycznie ten sam kojec, w tym samym miejscu stoi od 30 lat! Tylko świadomość powinna być już inna, tak jak to ma miejsce w większości krajów europejskich. Tam ten, który nie przepada za zwierzętami, po prostu ich nie ma, ci, co je lubią, biorąc do domu, zapewniają im jak najlepsze dla nich warunki, traktując jak członków rodziny. Kiedy u nas w Polsce to się zmieni? Dlaczego tak niewielu polityków zajmuje się sprawami zwierząt, ustanowieniem wreszcie odpowiednich dla nich praw?!

Przecież zwierzę, tak jak człowiek też ma tylko jedno życie. Mądre powiedzenie mówi, że miarą człowieczeństwa i społeczeństwa jest stosunek do słabszych: ludzi starszych, dzieci i właśnie do zwierząt! Pragnę, by w tej mierze coś się u nas wreszcie zmieniło!

Tego sobie i wszystkim życzę 🙂
30 czerwca 2010

  I to już koniec…

Takimi słowy kończyła się prezentacja multimedialna przygotowana moim szóstoklasistom na pamiątkę ukończenia szkoły – Szkoły Podstawowej w Parczewie. Ostatni dzień tego roku szkolnego był dniem uroczystym, podniosłym, ale jednocześnie dla mnie smutnym. W obecności nauczycieli, uczniów i rodziców oraz innych zaproszonych gości moi wychowankowie pożegnali się ze szkołą, a ja z nimi. Dla mnie jest to zawsze ogromne przeżycie, zresztą dla dzieci też. Przez wspólnie przeżywane, dzień po dniu, trzy lata, dzieliliśmy radości i smutki, sukcesy i porażki; trudno żeby nie wytworzyła się między nami więź…

Końcówka roku szkolnego to istne szaleństwo, wie to każdy, kto w szkole pracował lub pracuje. Toniemy w dokumentacji, sprawozdanie pogania sprawozdanie, a do tego podsumowania imprez, konkursów, wypisywanie świadectw, porządkowanie sal, przygotowanie programu artystycznego i wiele, wiele innych spraw. Wszystkie na „wczoraj” lub na „już”…

Brakowało doby! A na dodatek, wbrew temu, co w tytule odcinka – to jeszcze nie koniec…

W tym wszystkim była też moja ukochana ekologia. Podsumowaliśmy pracę naszego ekozespołu, wszystkie ekologiczne akcje i konkursy, a było ich niemało: indywidualny konkurs na największą liczbę zebranych baterii i aluminiowych puszek, klasowy: zbiórki plastikowych nakrętek, konkurs plastyczny i literacki dotyczący oszczędzania energii, konkurs na zdrowy przepis oraz „Na odpady mamy rady”. Poza tym wyłoniliśmy eko-prymusów szkoły po przeprowadzonym teście wiedzy ekologicznej. Jak już kiedyś wspominałam, w maju zorganizowaliśmy eko-happening: „Stop spalaniu śmieci w domowych piecach” oraz opracowaliśmy broszurę na ten temat dla okolicznych mieszkańców, przygotowaliśmy eko-petycje do władz gminy, a także edukowaliśmy najmłodszych w miejscowym przedszkolu. Zbieraliśmy też szkło i ułożyliśmy własny eko-hymn szkoły, wykonaliśmy plakaty i ulotki, które zdobiły szkolne ściany ,  przypominając o właściwym postępowaniu wobec przyrody. Mam nadzieję, że wszystkie te działania ugruntują zachowania wśród tych, którzy już wiedzą jak się zachowywać oraz powoli zmienią świadomość i złe nawyki wyniesione z domu wśród pozostałych.

Ponieważ dawno nie pisałam odniosę się jeszcze do tematu, który jest mi wśród wszystkich eko-spraw najbliższy: LOSU ZWIERZĄT. Cieszę się z każdej pozytywnej postawy dzieci wobec naszych braci mniejszych. Obserwowałam w ostatnim czasie napawające radością sytuacje, kiedy uczniowie stają w obronie życia nawet małego owada, który  wleciał do klasy i zamiast, jak kiedyś jednym ruchem ręki zabijać, wypuszczają go na wolność; przenoszenia małych żabek bliżej stawu, w bezpieczne miejsce, żeby przypadkowo lub celowo nie zostały rozdeptane przez ludzi; ratowania rybek w kanale, które wyrzucił ze zbiornika silny prąd wody… A do tego, co widzę, często słyszę powtarzane zdanie:  No, i jedno jeszcze życie znów uratowane!

Nie zawsze, mimo naszych dobrych chęci, wszystko się udaje. Na początku czerwca w naszym szkolnym parku znaleźliśmy jeża. Spał twardo na jednym boku, na nic nie reagując. Zabezpieczyliśmy to miejsce, obserwując jeża przez wszystkie godziny pobytu w szkole w tym dniu. Wiem, że jeże prowadzą nocny tryb życia, jednak ten twardy sen wydał mi się niepokojący. Po pracy wstąpiłam do weterynarza, który potwierdził moje obawy. Wieczorem postanowiłam pojechać do szkoły, tym bardziej, że lekarz opowiedział o przykrych konsekwencjach pozostawienia go w tamtym miejscu, jeśli byłby rzeczywiście chory. Okazało się, że nasz jeżyk leżał ciężko oddychając, wciąż w tym samym miejscu i na tym samym boku. Ostrożnie włożyliśmy go do kartonu (byłam z córkami) i zawiozłyśmy do lecznicy. W tym miejscu muszę dodać i podkreślić, że są lekarze z „prawdziwego zdarzenia!”. Nasz, specjalnie przyjechał po moim telefonie do lecznicy z domu, po kilkunastu godzinach pracy, z drugiego końca miasta, a następnie troskliwie zajął się zwierzęciem, przez kilka dni aplikując leki, itp., a na koniec niebiorąc za to ani grosza! Niestety, jeżyk nie przeżył. Jak powiedział weterynarz, w słowach pocieszenia przez telefon szkolnym dzieciom, takie jest życie, nie zawsze można pomóc, jednak dzięki naszej wrażliwości nie cierpiał i swoje ostatnie dni spędził w godnych warunkach.

Zawsze powtarzam moim uczniom: każdy żywy organizm, każde stworzenie ma tylko jedno życie; nikomu nie wolno Go bezpodstawnie, bezmyślnie odbierać! Nie bądźmy obojętni wobec cierpienia zwierząt, one czasami są bardziej bezradne i bezbronne niż niejeden człowiek. A poza tym… jako naród chrześcijański powinniśmy pamiętać: Bóg dał nam zwierzęta nie we władanie, ale w opiekę!

Życzę wszystkim słonecznych wakacji oraz udanego wypoczynku, a przy tym umiejętności dostrzegania piękna tego świata i nie zatracania wrażliwości na los innych istot!!!

24 maja 2010

 Ofiary drugiej kategorii

Długo nie pisałam, bo po prostu nie miałam na to czasu. W szkole, oprócz pracy dydaktyczno-wychowawczej, mam  bardzo gorący okres działań ekologicznych. Realizowaliśmy zaplanowane zadania w ramach udziału w ogólnopolskim programie „Ekozespoły chronią klimat”: happening po okolicy, eko-edukacyjna wizyta w miejscowym przedszkolu, przygotowanie broszury do mieszkańców: „Stop spalaniu śmieci w domach!” oraz eko-petycji do władz samorządowych. Poza tym zorganizowaliśmy zbiórkę szkła, nakrętek, puszek i baterii oraz ogłosiliśmy i przeprowadziliśmy szereg eko- konkursów… Podsumowanie tegorocznych eko-działań w szkole planujemy na 10 czerwca, ale sprawozdanie i album zdjęciowy przedstawiający szczegółowo naszą pracę trzeba było zrobić już teraz (aby móc wziąć udział w konkursie Ekozespołów).

Dzisiaj planowałam opisać szerzej to co robiliśmy, dokładniej choćby jedną z akcji, pokazać zdjęcia, ale moje myśli wciąż zaprzątnięte są wokół innego problemu…

Powódź – kolejna tragedia naszego kraju. Ja mam szczęście mieszkać w rejonie nie zagrożonym powodzią i chyba nawet nie potrafię sobie do końca wyobrazić jak to jest, jednak obrazy pokazywane w telewizji powodują, że cały czas o tym kataklizmie myślę. Straszne i niepojęte! Przyroda kolejny raz przypomina o sobie, o tym jaką jest potęgą; potęgą – przed którą powinniśmy mieć respekt, a o której wielu na co dzień nie pamięta… Nachodzi mnie w związku z tym taka refleksja… Jest powiedzenie, na treści którego staram się opierać swoje życiowe działania: „Ile dobra dasz – tylekroć do Ciebie powróci; podobnie zła, ale ze zwielokrotnioną jeszcze siłą”. Może zabrzmi to jak smutny paradoks, ale… w czasie powodzi przyroda „oddaje” ludziom wszystko to, co od nich przez lata „dostawała”. Do domów wraz z wielką wodą powracają „wyprodukowane” w wyniku nadmiernej konsumpcji ludzkiej – nie tylko śmieci ze składowisk, ale również z lasu i pól dokąd trafiały wyrzucane bezmyślnie przez niejednego. Powracają resztki odpadów toksycznych: oleje, farby i inne trucizny, wyrzucane tak, żeby nikt nie widział i oczywiście jak najdalej od domu…

Bardzo żal mi wszystkich powodzian i uważam, że należy im się teraz nie tylko współczucie, ale i wszelka pomoc. Jednak rzeki nie wyparują, trzeba pomyśleć o przyszłości; jak mówią niektórzy: zmienić wiele, żeby do takich tragedii nie dochodziło, np. zbudować nowe, lepsze wały.  Przyszłość jednak-  to też czas lepszego zrozumienia, a przede wszystkim większego poszanowania Przyrody; jesteśmy przecież jej częścią- z Nią związani i od Niej zależni… Nie wolno o tym zapominać, bo…, ale nie będę się już powtarzać i poruszę inny temat.

Dręczy mnie bardzo to, co związane jest z losem zwierząt w czasie powodzi ( i nie tylko!). Nagrania z terenów zalanych wodą ściskają z żalu i bezsilności serce! Niewinne niczemu i bezbronne w walce z żywiołem zwierzęta domowe i dzikie. Małe i duże. Wszystkie przepełnione wielkim instynktem życia! Wzruszył mnie widok ślimaka, kurczowo trzymającego się końca jakiegoś wystającego ponad wodę palika i małego przemoczonego krecika,  poszukującego skrawka ziemi… Ciche, drugiej kategorii, ofiary  powodzi.

Człowiek – brzmi dumnie! Priorytetem jest ratowanie ludzi. Jest to zrozumiałe. Ale jedno, niepowtarzalne życie ma też każde inne, żywe stworzenie. Wiem, że są tacy, którzy narażając się na niebezpieczeństwo ratują życie zwierząt, ale są i tacy, którzy  myśląc tylko o sobie, zapominają o swoich podopiecznych. A może uważają ich życie za nic nie warte? Bo jak można wytłumaczyć fakt nie odwiązania od budy , czy nie wypuszczenia z kojca psa, skazując go na męczarnię fizyczną i psychiczną, a nawet na straszną śmierć?!

Człowiek – brzmi dumnie!… ale czy zawsze, czy na pewno? W czasie wczorajszego rajdu pieszego zobaczyłam pewien „obrazek”. Szło dwóch mężczyzn. Jeden z nich złapał idącą kaczkę (mam wątpliwości, czy swoją). Zaczęli się z nią szybko oddalać, trzymając brutalnie za skrzydła i pomachując nią w lewo i w prawo. Początkowo walczyła, próbowała się wyrywać, ale po chwili ucichła… Nie mogłam na to patrzeć ani zareagować, bo byli zbyt daleko. Pozytywne było to, że z oburzeniem zareagowały dzieci, negując zachowanie mężczyzn. Świadczy to o posiadanych pokładach empatii, a to dobrze „wyrokuje” na przyszłość. Być może pozostaną kiedyś na wsi i będą zajmować się zwierzętami – z szacunkiem i z miłością…

4 maja 2010

 Oj, działo się! 

Te słowa jako pierwsze przychodzą mi na myśl jak wspominam miniony czas ostatnich tygodni. Straszna tragedia w Smoleńsku 10 kwietnia wybiła mnie z rytmu codzienności, jak chyba większość Polaków. Najpierw pojawiło się niedowierzanie, później śledzenie wszystkich wiadomości o wypadku, pytania, wątpliwości, rozmyślanie o tragicznie zabitych, kruchości życia, sensie wszystkiego… I jakby celowo, a może na przekór – wiosna w pełnym rozkwicie! Śliczne tło, które jeszcze bardziej podkreśliło namalowany przez życie obraz tragedii, rozpaczy i żałoby w wielu domach…

Z tym, co powyżej skojarzyły mi się dwie rozmowy z osobami, których nie ma już na tym świecie. Moja babcia często mówiła półżartem, że nie chciałaby umierać ani zimą, bo za zimno, ani wiosną, bo za pięknie. Niestety los chciał inaczej niż Ona – umarła 8 maja. Podobnie zaigrał los z moją znajomą, młodą osobą chorą na nowotwór. W czasie naszej rozmowy telefonicznej, kiedy próbowałam ją pocieszać, odpowiedziała – „Musi być dobrze, przecież idzie wiosna!” Ja przeczuwałam, że słyszę ją po raz ostatni… Ona bardzo chciała żyć i wierzyła jeszcze w to, co mówiła, już słabiutkim głosem. Odeszła dwa tygodnie później, w połowie kwietnia…

Smutne jest to, o czym piszę, ale może czasami trzeba – śmierć jest przecież nieuniknioną częścią życia… Pamiętajmy, wspominajmy, rozmawiajmy, ale miejmy świadomość, że to nasze ŻYCIE ma też swoje prawa, których (na szczęście!) się domaga. Wola istnienia, którą posiadamy, czas, wiara i nadzieja czynią cuda. Tak jak po nocy przychodzi dzień, tak my, po czasie narodowej żałoby powróciliśmy do naszych spraw, w domu i w pracy…  W naszej szkole wraz z wiosną zaczął się bardzo gorący okres działań. Realizujemy wiele ekozadań: obchodziliśmy Święto Ziemi, kontynuujemy zbiórkę odpadów, przygotowujemy się do happeningu oraz do edukacji ekologicznej najmłodszych w miejscowym przedszkolu. Ale dziś rozwinę inny temat. Z moją grupą „Łazików”(członków Koła Turystyczno – Sportowego, którego jestem opiekunem) byliśmy ostatnio na dwóch wiosennych rajdach pieszych organizowanych przez miejscowy PTTK. Głównym celem tych rajdów jest oprócz poznawania regionu – swojej Malej Ojczyzny, popularyzacja turystyki jako alternatywnego do biernego sposobu spędzania wolnego czasu ( „chodzenie, a nie siedzenie!”, przed telewizorem czy komputerem). Moje Łaziki są zachwycone chodzeniem, i o ile kiedyś, na początku działalności Koła pytały się o rajdy rowerowe, to teraz zdecydowana większość opowiada się za pieszymi. I dobrze! Idąc, obserwujemy różnorodność w przyrodzie, uczymy się szacunku do niej, widzimy to, co dobrego czynią dla niej ludzie, ale i niestety, ile zła wyrządzają. Dzieci na gorąco wypowiadają swoje opinie, ustosunkowują się, dyskutują, podają podobne przykłady ze swojego najbliższego środowiska, a także szukają sposobów na rozwiązanie problemów. A tych nie brakuje – po drodze widujemy zaniedbane zwierzęta domowe, psy uwiązane na krótkich łańcuchach, bez schronienia, dzikie wysypiska, wypalone trawy… Trudno nam temu wszystkiemu od razu zaradzić, ale budowanie świadomości, że tak nie wolno, że to nie jest godne człowieka, będzie miało na pewno pozytywny oddźwięk w miejscu zamieszkania tych dzieci oraz w całym ich późniejszym życiu.  Pamiętajmy – zwracanie uwagi na problem, do znudzenia powtarzanie, co jest złem i dlaczego, uwrażliwianie to bardzo ważny element edukacji ekologicznej!

Następny rajd – 22 maja; mam już komplet chętnych. Po raz kolejny z przypiętymi plakietkami – „Przyjaciel PRZYRODY” wyruszymy, aby JĄ podziwiać i o NIEJ rozmawiać. Z całą pewnością na to zasługuje!

8 kwietnia 2010

  Ogrodowe radości i zmartwienia

Święta, święta… i po świętach. Jak u większości był to najpierw czas intensywnych prac (niestety jak zwykle wszystko, czyli porządki, zakupy, przygotowanie niecodziennych dań – zostawiłam na ostatnią chwilę), a później grzesznego dogadzania podniebieniu. Całe szczęście, że… z tym wszystkim nie zostałam sama, bowiem zarówno do przygotowań, jak i do jedzenia zaangażowała się cała rodzina! Pies też wykonał dobrą robotę, zmuszając nas do przechadzki, która dobrze nam wszystkim zrobiła…

Były wiosenne porządki w domu, teraz czas na takie w naszym ogrodzie. Przyroda budzi się do życia – co widać, słychać i czuć, co cieszy zmysły, wprawiając je w radosne osłupienie – ogłupienie. W ostatnich dniach na przykład mój wzrok nie chce się oderwać od małego, kolorowego dywanika z krokusów, poskręcanych ciekawie gałązek z wierzbowymi kotkami, czy w innej części ogrodu, samotnego, lecz bardzo dumnie prezentującego swe wdzięki żółtego żonkila. Po długiej zimie jest to widok baaaaardzo przyjemny dla oczu.

Mąż jak zwykle wkroczył ze swoimi narzędziami, aby poprzycinać to i tamto, co spowoduje w późniejszym czasie zdrowszy, bujniejszy wygląd naszych drzew i krzewów. Kiedyś mocno buntowałam się przeciwko tej wiosennej czynności, uważałam, że jest to działanie bardzo drastyczne. Żal mi było tych roślin. Teraz wiem, że im to nie szkodzi, a wręcz pomaga, zmusza do intensywniejszego rozwoju, wzmacnia i kształtuje. Poprzycinane gałęzie, dokładnie pokruszone, wykorzystujemy zimą jako opał.

Trochę martwimy się pewnymi sprawami związanymi z naszym ogrodem, na przykład stanem trawnika – dotychczasowej dumy. W wielu miejscach zima dała mu się mocno we znaki. Mamy jednak nadzieję, że spulchnienie gleby aeratorem, nawozowe witaminki oraz wiosenny deszcz i Słońce pomogą mu szybko „stanąć na nogi”. Niestety silny mróz i długo utrzymujący się śnieg zniszczył też piękny, drobnolistny bluszcz hodowany od czterech lat, będący ozdobą bramy wejściowej do ogrodowego azylu. Nie wyrastają jeszcze moje bratki, przylaszczki i zawilce, więc ich los jest niepewny. Natomiast bez żadnego zażenowania powychodziły sobie… wszelkiego rodzaju chwasty! I to jest wyzwanie dla mnie na najbliższe dni, bo patrząc na nie mój zmysł wzroku wywołuje we mnie odczucia co najmniej dziwne…Podobnie jak u męża pojawiające się ostatnio w ogrodzie krecie kopce! Ale to już temat na kolejny odcinek…

18 marca 2010

 Czekanie…

Czekam, czekam, czekam… Na co? Na wiosnę… też. Jednak ostatnio szczególnie mocno na przypływ świeżej energii. Od pewnego czasu wygląda to tak, że wystarcza mi jej do wczesnych godzin popołudniowych ( na szczęście!, bo wtedy  muszę być w  pracy), obiad przyrządzam w żółwim tempie, a później jest nieeeeeeeeechęć do robienia czegokolwiek. Jest to albo wiosenne osłabienie, albo po prostu… grzeszne lenistwo; jak zwał, tak zwał. Wiem, tłumaczę się, dlaczego tak długo nie pisałam. Tak czy inaczej, nie pozostaje mi nic innego, jak samej pocieszać się, że wkrótce to minie; wszak dopadała mnie już w przeszłości identyczna przypadłość, która po pewnym czasie… stawała się tylko wspomnieniem. Akumulatorki ładowały się, pomysły budziły, działanie nabierało rozpędu. Myślę, że tym razem będzie tak samo.

  Mam nadzieję, że choć trochę rozrusza mnie pieszy rajd w najbliższą sobotę, pierwszy po tej dłuuuuuuuugiej zimie, na który wybieram się ze swoją „Łazikową” grupą szkolnych dzieciaków. Pod nazwą „Marzanna 2010”, w rekordowo ( jak podaje PTTK – organizator rajdu) dużej grupie- około 400 uczestników, wyruszymy na trasę, aby żegnać zimę, witać wiosnę i szukać pierwszych jej oznak. Przy okazji gorąco zachęcam wszystkich właśnie do takiej formy ruchu. Chodzenie to najprostsza, najbardziej naturalna, elementarna czynność człowieka, która znakomicie poprawia nie tylko kondycję i sprawność, ale także humor. W czasie takich zorganizowanych rajdów, oprócz powyższych korzyści, jest jeszcze wiele innych – poznaje się najbliższą okolicę, jej przyrodę, zmiany w niej zachodzące, a także nowych, ciekawych ludzi. Uważam, że tego, co w czasie pieszych wędrówek, nie zobaczy się jadąc rowerem czy innym „środkiem transportu”, kiedy to siłą rzeczy trzeba podzielić swą uwagę pomiędzy bezpieczne „prowadzenie pojazdu” a efektywną obserwację otoczenia. Tylko idąc można dostrzec to, co najciekawsze – małe, najbardziej urocze, zadziwiające szczególiki. Dlatego- łazikujcie, kiedy jest czas i ochota ( najlepiej tak jak my, w zorganizowanej wcześniej grupie- nie będzie można zrezygnować, wynajdując tysiąc ważnych powodów- przeszkód, które „nie pozwolą” ruszyć się z domu).

A co do szukania wiosny- to nie ma lepszych odkrywców jak dzieci. Potwierdziło się to moje przekonanie w czasie lekcji przyrody w terenie, przeszło tydzień temu. Wyszliśmy, aby praktycznie przećwiczyć wyznaczanie kierunków geograficznych świata, a także określić na podstawie pomiarów rzucanego przez wbity pręt cienia, moment górowania Słońca, czyli południe słoneczne w naszej miejscowości. W pewnym momencie ktoś zobaczył świeże, malutkie ździebełko trawy, śmiało przebijające się przez śnieg i grubą warstwę zeszłorocznych liści. I zaczęło się !- Ja też znalazłem! – A to, co to jest proszę pani? – Niech pani jeszcze tu zobaczy! -A czy ten żołądź czasami nie kiełkuje?, – Ależ piękna barwa tej zieleni! Inna niż latem. Wiele pytań i stwierdzeń! Błysk w oku i radość! Z odkrycia, że jak ktoś ciekawie rzucił, … wiosna depcze nam już po piętach!                                                                        

4 marca 2010

 Nie tylko diabeł tkwi w szczegółach…
Pojawiła się nagle, nie wiadomo skąd. Zatrzymała tuż obok. Mała, barwna; na tle otaczającej nas szarej rzeczywistości przykuwała uwagę obecnych. Sprawiała wrażenie lekko zagubionej, nie bardzo wiedzącej co ze sobą począć… Posuwała się powoli, raz do przodu, to znowu do tyłu, by po chwili pokręcić się w kółko i zacząć ten dziwny taniec od początku.  Bohaterka ostatniej niedzieli, „spotkana” w czasie rodzinnego pobytu na świeżym (świeżym?) powietrzu nie zdawała sobie sprawy z tego, jak pozytywnie zadziałała na nasz zmysł wzroku, wprawiając w dobry humor, wnosząc w serca  radość i nadzieję; krótko mówiąc WIOSNĘ!

Pszczoła – jedna z pierwszych oznak budzącej się przyrody. To o niej mowa! Za kilka tygodni zarówno ona jak i jej „ kuzynowie” nie będą tak mile widziani (strach przed użądleniem), ale teraz… poezja… plaster na duszę… uczta dla oczu! Dziwne, prawda? Jak niewiele potrzeba, żeby być zadowolonym. W tym przypadku przedłużająca się zima, niedostatek kolorów wokół  i… proszę jak cieszy widok owada!

Ostatnio, przy okazji omawiania stref klimatycznych na Ziemi, zgodnie stwierdziliśmy (ja i uczniowie), że dobrze żyć, mieszkać właśnie w naszym klimacie; obserwować zmiany zachodzące w przyrodzie w kolejnych czterech porach roku: bogactwo barw, zapachów i pełnię życia latem, stopniowe wyciszanie i zasypianie przyrody jesienią, spokój i wyczekiwanie zimą oraz powolne PRZEBUDZANIE  wiosną. Każdy z nas wie jak bardzo cieszą pierwsze źdźbła świeżej trawy, nieśmiało zerkający przebiśnieg czy krokus, gałązka wiosennej wierzby z „kotkami”… trochę później: żółty krzak  forsycji, pierwszy motyl, śpiew skowronka… O dziwo, kiedy latem to wszystko jest zwielokrotnione my zauważamy mniej, odczuwamy słabiej, widzimy i słyszymy niewiele. To właśnie jest dowód na to, że do SZCZĘŚCIA tak naprawdę niewiele potrzeba. Szukamy GO daleko, uogólniamy nasz stan, nie doceniamy tego co mamy, a… SZCZĘŚCIE jest tuż obok, bo tkwi w szczegółach…
16 lutego 2010

 Piękne lico, zimne serce

Lubię gdy pada śnieg. Jego wirujące płatki działają na mnie uspakajająco. Podobno nie ma dwóch identycznych. Niedawno miałam okazję przekonać się, że to prawda. Stojąc w oknie i kojąc duszę ulubionym widokiem, zaczęłam obserwować to co przyklejało się do szyby. W pewnej chwili jeden z większych płatków szybko podzielił się na malutkie części. Byłam pod wrażeniem ! Ledwie widoczne gołym okiem płateczki dumnie prezentowały swe różnorodne kształty. Wśród kilkunastu nie było dwóch takich samych! Niestety, nie zdążyłam „podzielić się” tym niezwykłym widokiem, bo zanim ktokolwiek wołany przeze mnie zdążył podejść- to tak jak w piosence o Wojtusiu- Pst- iskierka zgasła, tak tu – Pst- płateczki znikły.

Cokolwiek by o niej nie mówić ( złego), zima ma swe uroki! Jeśli chodzi o mnie-nie muszę daleko szukać. Wystarczy, że pójdę… do pracy. W zimowej szacie fascynująco prezentuje się nasz przyszkolny teren. Budynek ,w którym się uczymy to dawny pałac  otoczony starym drzewostanem. Sceneria wręcz bajkowa! Cisza ( park znajduje się w pewnej odległości od drogi głównej), wszędzie biel skrzypiącego pod nogami śniegu, oszroniałe drzewa po których skaczą wiewiórki; ostatnio obserwujemy  także zwinnie przemieszczające się między nimi sarny… Ale do nich wrócę za chwilę.

W takich warunkach lekcje wychowania fizycznego, także teraz zimą, są prawdziwą  przyjemnością. Można spacerować tropiąc ślady zwierząt lub bawić się w tropienie swoich. Pomysłów jest wiele, ale największym powodzeniem cieszy się nasza przyszkolna górka, z której dzieci zjeżdżają na cztery strony świata; na sankach, butach czy plastikowych podkładkach; pojedynczo, parami lub grupowo. A ile przy tym śmiechu i jakie odprężenie przeciążonego nauką umysłu!

Cieszę się, że jest mi dane pracować w TAKIM miejscu i często powtarzam uczniom, jakie mają szczęście spędzać tu pierwsze lata swej szkolnej wędrówki.

A co do saren, choć cieszy ich obserwowanie ( jak wszystkiego, co nie jest codziennością), to uważam, że częste ostatnio pojawianie się w naszym parku nie jest dla nich korzystne. Jest to teren stosunkowo niewielki, w większości ogrodzony siatką, ze stawem. Wokół parku znajdują się domy mieszkalne, drogi dojazdowe. Stale kręcą się tu niepilnowane przez właścicieli wiejskie psy. Myślałam, żeby zacząć je dokarmiać, ale trochę obawiam się konsekwencji. Może byłoby im łatwiej przetrwać trudy zimy, ale w razie ataku drapieżników i konieczności ucieczki przed nimi, nie będą miały pola manewru. To może być dla nich tragiczne w skutkach. Z drugiej strony- przecież głodują… Najlepiej byłoby, żeby wróciły tam, gdzie jest ich miejsce. Do lasu. Ale jak je do tego przekonać? No i żeby stopniał już śnieg; pod nim czeka dla nich jedzenie. Dużo jedzenia, energia, życie…

Oj, zimo, zimo!!! Choć piękne masz oblicze, to takie zimne serce!
8 lutego 2010

 Okno z widokiem na pole.

Dziś córka przybiegła do domu z informacją, że w nocy u koleżanki przed domem spała sarna (?), która skorzystała  z „gościnności”, zjadła to co jej rzucono, a następnie oddaliła się… Wierzyć, nie wierzyć? Wszak wiadomo, że to zwierzę dzikie, czujne i wyjątkowo płochliwe. Sama miałam okazję nieraz się o tym przekonać…

Mój dom wybudowany  na peryferiach miasta jest tak usytuowany, że z jednej strony przebiega dość ruchliwa ulica, a z drugiej rozciągają się pola. Przed laty był to widok wręcz sielankowy: wiosną różnobarwne łąki, latem złociste łany zbóż, w oddali rosochate wierzby, a jeszcze dalej las… Mieszkając w mieście, można było obserwować cały wachlarz polnych prac rolniczych, a także życie dzikich zwierząt: począwszy od myszy, żab, jeży, po bażanty, kuropatwy, bociany i inne ciekawe ptaki, kończąc na większych: zającach i sarnach. Odwiedzający nas goście – „mieszczuchy” często udawali się do pokoju z  oknem  na pole i z zachwytem oraz zazdrością długo patrzyli… upajając się sielskim widokiem.

Dziś to wygląda „trochę” inaczej… Nie wiedzieć kiedy zniknęły znajome domy w oddali, rosochate wierzby, wreszcie( jak je nazywałam) „moje drzewo”- wysokie, rozłożyste, dostojne, pięknie przez naturę uformowane. Bardzo lubiłam na nim „zawiesić oko”, zwłaszcza rano…

Oczywiście nikt nie wyburzył domów i nie wyciął drzew, po prostu „nasze” pole za oknem, jak większość podobnych terenów podmiejskich, zostało zurbanizowane. Dawni rolnicy  podzielili swe pola na działki i przeznaczyli na sprzedaż. Patrząc teraz przez okno czasami żartuję, że nowe domy powstają jak grzyby po deszczu, nieraz  ze zdziwieniem przecieram oczy… bo wydaje mi się wręcz, że jeszcze wczoraj któregoś nie było.

Znajome drzewo odwiedzam czasami w czasie rowerowych wycieczek. Stoi sobie dumnie jak przed laty , a ja patrząc na nie bardzo żałuję, że nie ma już tamtych czasów, gdy widziałam je z okna…

Szczęściem w nieszczęściu jest to, że zabudowa terenu przesuwa się  w kierunku naszego domu „od tyłu”, tak że część przestrzeni  w jego pobliżu zajmuje nadal pole uprawne; jeszcze tamtego lata rosło zboże i miałam okazję obserwować pracę kombajnu. Nie wiem jak będzie w tym…  Na razie możemy jeszcze podziwiać  zwierzęta, które często podchodzą pod samo ogrodzenie. Staramy się uwidocznić te chwile na zdjęciach, ale nie zawsze się to udaje bo, jak wspomniałam wcześniej ,są bardzo płochliwe, zwłaszcza sarny. Już samo delikatne odsuwanie firanki  powoduje, że momentalnie nastawiają uszy, po czym szybko się oddalają.  Natomiast zawsze pod ręką jest lornetka.

W ostatnim czasie pole za oknem okupują kuropatwy. Widzę, że po ostatnich opadach śniegu mają problem z dogrzebaniem się pod jego powierzchnię. Codziennie są też nowe ślady saren. Pewnie głodne szukają i tutaj pożywienia. I pod tym względem MAM ZIMY DOSYĆ ! Dla wielu zwierząt, w takiej postaci jak w tym roku, trwa już o wiele za długo! Zwierzęta leśne głodują i giną! Nie wszędzie są dokarmiane, bo jak ostatnio usłyszałam,  nie wszyscy leśnicy dostatecznie przygotowali  się do tak ostrej zimy. Pozostawię to bez komentarza!

1 lutego 2010

 Migawki z Wrocławia, czyli to i owo…

Wszystko co dobre kiedyś się kończy… Dwutygodniowy wypoczynek od szkolnych obowiązków jest (niestety!)… już tylko wspomnieniem. Tak jak mój pobyt we Wrocławiu. Pojechałam z młodszą córką, w odwiedziny do starszej, która tam studiuje. Zimową sesję miała już za sobą, wszystko szczęśliwie pozaliczane, więc postanowiłyśmy wspólnie pobuszować po mieście.

Stolica Dolnego Śląska, jeszcze świątecznie oświetlona, w śnieżnej szacie, prezentowała się wspaniale. Tylko na Starym Rynku- ani grama śniegu(!?) Żartowałyśmy, że śnieżne chmury oszczędziły niektóre rejony, ale to nie to- po prostu odpowiednie służby zadziałały jak należy;  wbrew temu co wciąż słyszymy w mediach.

 Wspaniałe było to kilkudniowe nicnierobienie! Choć nie było takie całkowite, bo… przecież wielogodzinne spacery, „odwiedziny”  kilku galerii, wyprawa „na łyżwy” czy seans filmowy w kinie zajęły nam sporo czasu i pochłonęły wiele energii. A do tego codzienna obserwacja  kaczek na Odrze pod Mostem Uniwersyteckim. Głośne, wielobarwne, zadziornie unosiły łebki w górę, oczekując na niespodziankę „z nieba”. I często ją otrzymywały. Ilekroć przechodziłyśmy przez most, ktoś te zwierzęta karmił, najczęściej pieczywem. Nie wszyscy jednak wiedzą, że ptaki wodne powinniśmy dokarmiać jedynie pokarmem roślinnym, np. płatkami zbożowymi, otrębami pszennymi, surowymi lub gotowanymi jarzynami, który najlepiej pozostawiać  w suchym miejscu. Natomiast chleb, zwłaszcza jak jest spleśniały lub mokry, do tego nie pokrojony, pęcznieje, kwaśnieje i bardzo szkodzi ptasim przewodom pokarmowym. Poza tym raz rozpoczęte dokarmianie ptaków musi być  konsekwentnie kontynuowane, aż do nadejścia wiosny. Przerywając tę czynność narażamy ptaki, dotąd korzystające  z naszej pomocy, na ciężką próbę. Długie oczekiwanie na silnym mrozie może spowodować ich przymarznięcie, a samodzielne poszukiwanie pokarmu- okazać się dla nich tragiczne w skutkach…

Będąc we Wrocławiu, myślałam oczywiście o „znajomym” bezdomnym,  nocującym na półpiętrze  kamienicy w której spałyśmy. Byłam ciekawa czy Go spotkamy. Córka powiedziała, że przez kilka ostatnich dni nie pokazywał się i faktycznie nie było Go… aż do ostatniej przed naszym wyjazdem nocy. Wracając z wieczornej wędrówki po mieście, już na dole usłyszałyśmy ciche pokasływanie na jednym z wyższych pięter .W milczeniu wchodziłyśmy po schodach, podświadomie przeczuwając, że to ON. Siedział. Wciśnięty w ścianę, z głową wtuloną w kołnierz kurtki. Mały, szczuplutki, bezbronny… Rzeczywiście wyglądał na wiele starszego niż wynikało to z jego metryki. Nie spojrzał w górę na nas, do chwili, kiedy odezwała się córka. Jej znajomy głos wywołał na chwilę delikatny uśmiech na Jego mizernej twarzy. Tego wieczoru córka zaniosła mu lekarstwo na kaszel, spytała, czy czegoś nie potrzebuje. Niczego nie chciał. Jak zwykle. Za to długo rozmawiali. Widać było, że jest tego spragniony .Poruszyli wiele tematów . Zdziwienie wzbudziła jego aktualna wiedza o świecie, o Wyspach Brytyjskich, Irlandii, gdzie córka była latem…

W nocy długo nie mogłam zasnąć. Rozmyślałam o człowieku spędzającym kolejną noc na schodach, który nie wiadomo dlaczego nie chce przyjąć pomocy; o jego marzeniach, przeszłości, przyszłości i zawiłościach ludzkich losów…
25 stycznia 2010

 Kochasz dzieci – nie pal śmieci!

Końca „prawdziwej” zimy nie widać. I choć jak wskazuje kalendarz  zarówno śnieg jak i siarczysty mróz to normalne zjawiska o tej porze roku- to jednak  nie jest łatwo… Wielu narzeka i nic dziwnego. Kierowcy – bo  albo nie odpalają samochody, albo trudno jeździć po zaśnieżonych drogach; pracownicy elektrowni, ciepłowni, wodociągów, drogowcy – bo ciągłe awarie zmuszają do ponadwymiarowej pracy, często na dworze, co w tych warunkach wiadomo – nie jest przyjemne; wreszcie my- zwykli zjadacze chleba – z powodu dużo większych kosztów związanych z ogrzewaniem mieszkań. W moim domu, pomimo podwyższonej temperatury grzania, trzeba ubierać się cieplej lub po prostu więcej ruszać, bo i tak jest chłodniej niż wtedy, gdy zima jest łagodniejsza.  Jednak w porównaniu z bezdomnymi, tymi, którzy od trzech tygodni nie mają prądu lub których, jak dzisiaj podawali, zalewa woda (na Lubelszczyźnie) – to ja i mi podobni  i tak nie powinniśmy narzekać!

Niestety mróz niektórym odbiera, łagodnie mówiąc, właściwe myślenie. Jednym z przykładów jest palenie w piecach wszystkiego, co jest w domu niepotrzebne, także plastików i opon! I choć w mojej okolicy prowadzi się selektywną segregację  odpadów, z wielu kominów wydobywa się w ostatnim czasie, charakterystycznie wyglądający i „pachnący” dym. Niektórzy wręcz chwalą się rzekomą oszczędnością, jakby (a może rzeczywiście?!) nie zdając sobie sprawy z problemu; szkodzą przecież sami sobie niszcząc kominy, ale przede wszystkim trując sąsiadów i całe środowisko!  Wydaje mi się, że jest za mało akcji, programów nagłaśniających tę sprawę. Dlatego z moimi uczniami zamierzam poruszyć ten nadal powszechny problem wśród rodziców i okolicznych mieszkańców, w myśl znanego hasła „KOCHASZ DZIECI – NIE PAL ŚMIECI”. W jakiej to będzie odbywało się formie – jeszcze się zastanawiamy. Na pewno podzielę się naszym pomysłem na portalu Zielonej lekcji.

Co do codziennego segregowania odpadów  na pewno nie jest ono uciążliwe; mi wręcz, jak to się mówi, weszło już głęboko w krew. Jak to wygląda u mnie w domu? W jednej z szafek  kuchennych mam małe pojemniki i woreczki do których segreguję: plastiki i tekturę, aluminium, metal, szkło , papier i baterie (nazywam to małą lub wstępną segregacją). Co pewien czas, w zależności od  zapełnienia, wynoszę je do pomieszczenia na podwórzu, w którym stoją większe pojemniki i worki. A co dalej? Żółte worki z plastikami i tekturą oraz zielone ze szkłem odbierają raz w miesiącu pracownicy MZO (za to otrzymujemy upust  w rachunkach za  wywóz odpadów; w tym roku jest to na przykład 60 złotych, czyli kwota jaką co miesiąc płacę za tę cotygodniową usługę; z tego wynika, że za segregowanie mam o jeden rachunek mniej w roku!). Pozostałe odpady zawożę co jakiś czas do punktu skupu, a baterie do szkoły, skąd odbiera je od nas  firma REBA, dając przy tym możliwość gromadzenia punktów wymienialnych później na nagrody. Czy warto  podjąć „ trud” związany z domową segregacją? Na pewno WARTO! Oszczędzamy miejsce w pojemniku na odpady, mamy za to pieniądze, no i oczywiście, co według mnie jest sprawą bezdyskusyjną i nadrzędną – pomagamy naszemu środowisku!
18 stycznia 2010

 Zima nie odpuszcza

Wczoraj pojawiła się informacja o możliwości ogłoszenia stanu klęski żywiołowej w dwóch gminach południowych zakątków kraju. Połamane jak zapałki pod ciężarem śniegu i lodu słupy energetyczne spowodowały przerwanie dopływu energii do 45 tysięcy mieszkańców. Od dziesięciu dni nie ma tam prądu! Słyszałam wypowiedzi ludzi z tamtych obszarów wzbudzające szczere współczucie: nie ma wody, trudności w ogrzaniu mieszkań, pozamykane sklepy więc i kłopoty z nabyciem żywności, nie działające telefony, a więc brak komunikacji, tak kłopotliwy w przypadku pojawienia się nieszczęścia i związanej z nim konieczności wezwania pogotowia ratunkowego czy straży pożarnej.

A końca problemu nie widać, bo połamane drzewa utrudniają dojazd pracujących po kilkanaście godzin ekip „ratunkowych”. Ktoś może powiedzieć- kiedyś nie było prądu i też się żyło… Ale czasy są inne. Ja sobie życia bez energii nie wyobrażam. Jedynym plusem takiej sytuacji może być to, że „wolne” od telewizji i komputerów wieczory przy świecach niektórzy ludzie bardziej poświęcą sobie nawzajem, spędzając je na wspólnych rozmowach , śpiewaniu, przy grach planszowych, co jak wiadomo zbliża i wspaniale odpręża.
U nas, tak jak i w pozostałych czterech województwach, od dzisiaj zimowe ferie; dwutygodniowy odpoczynek od obowiązków, rannego wstawania, niekiedy uciążliwych dojazdów. Dzieci cieszą się z takiej zimowej aury za oknem, bo choć jak podają źródła, na zorganizowany wypoczynek pojedzie zaledwie co czwarte, piąte dziecko, to i jak, nawet pozostając w domu, jest więcej możliwości ciekawego spędzenia wolnego czasu na świeżym powietrzu niż wtedy, kiedy śniegu nie ma.

Zima nie odpuszcza…spacerujmy, cieszmy się z przepięknych widoków, jakich nam dostarcza –  okryte puchową pierzynką krzewy i w szklistej szacie gałęzie wysokich drzew – są tak piękne, że zapierają dech w piersiach. Nie zapominajmy jednak o ptakach – one potrzebują pokarmu do wytworzenia energii; bez energii nie mogą latać, bez ruchu – zamarzną! Kawałek słoninki na każdym balkonie, ziarna w ogrodowym karmniku czy inny rodzaj pomocy- pomoże im przetrwać… Na pewno odwdzięczą  się w niedalekiej przyszłości- pięknym śpiewem, ciekawymi odgłosami…Przecież niedługo(?) wiosna!
11 stycznia 2010

 Oblicze PANI ZIMY, to gorsze

„Hu, hu, ha! Nasza ZIMA zła! Szczypie w nosy, szczypie w uszy, mroźnym śnieżkiem w oczy prószy….” – śpiewałam jako dziecko, a później z dziećmi: własnymi i „szkolnymi”.

Tak, pod tym względem ZIMA  potrafi być dokuczliwa, żeby nie powiedzieć złośliwa. Doświadczył tego na pewno każdy z nas w różnych, codziennych sytuacjach: czekając na przystanku na przyjazd autobusu czy innego środka komunikacji, odśnieżając samochód, wykonując konieczne prace przy domu, czy chociażby w czasie codziennej przechadzki.  A jazda samochodem po zaśnieżonych i oblodzonych drogach? To, przynajmniej dla mnie, „droga przez mękę”.

  Czasami złośliwość ZIMY przechodzi w… okrucieństwo. Świadczą o tym podawane przez media w liczbach (już około 200) przypadki śmierci ludzi z powodu wyziębienia, krótko mówiąc: zamarznięcia. Wydaje się, że w dzisiejszych czasach jest to nieprawdopodobne, a jednak… Co rusz słyszy się o odnalezionych bezdomnych w…  starych, niezamieszkałych budynkach, w kontenerach na śmieci, którzy udali się tam na swój ostatni, bo wieczny, nocny odpoczynek. Można zadać pytanie: dlaczego? Czy oprócz życiowego szczęścia zabrakło tym ludziom wiedzy o tym, co może się stać w przypadku zaśnięcia na mrozie? A może świadomość była, ale zabrakło miejsc w noclegowniach lub po prostu ludzkiej życzliwości??? Jak trudnym do zrozumienia, złożonym problemem jest bezdomność przekonałam się w ostatnim czasie. Moja córka w październiku rozpoczęła studia we Wrocławiu. Ponieważ mieszkamy w innym mieście, jak inni studenci  zmuszona była wynająć mieszkanie. Pod koniec października, późnym wieczorem wchodząc do zamykanej kamienicy, bądź co bądź miejsca, do którego dopiero przyzwyczajała się, struchlała… Na schodach stał zarośnięty, „podejrzanie wyglądający”, starszy (później okazało się, że ma 20 lat mniej niż wynikało to z wyglądu) mężczyzna. Przeszła obok obawiając się najgorszego, ale mężczyzna ukłonił się i odsunął, wciskając się w ścianę. Swoim zachowaniem, jakby chciał powiedzieć: spokojnie, „mnie tu, jakby nie ma”, nie będę przeszkadzał. Córka już na górze dowiedziała się od swej współlokatorki, że to bezdomny, który kolejny rok z rzędu upodobał sobie na czas  zimy tę ciepłą kamienicę jako miejsce na nocleg. Mieszkańcy przyzwyczaili się do Niego, zostawiając w tych miesiącach niedomknięte drzwi wejściowe. Moja córka nie byłaby sobą, gdyby nie zainteresowała się losem tego człowieka – poczynając od codziennych rozmów, po proponowanie jedzenia, odzieży (zbierała i woziła dla Niego buty i ciepłe kurtki) i innej pomocy rzeczowej, aż wreszcie wykonanie kilku telefonów, odwiedzenie noclegowni wrocławskich i załatwienie przyjęcia w jednej z nich. I co…? Ten człowiek nie przyjął nic! Jakby swoją osobą (według swojego myślenia) nie chciał sprawiać nikomu żadnego kłopotu. On po prostu chciał tylko, aby pozwolono mu spać na schodach w tej znajomej Mu już kamienicy. Niestety, córka nadal to przeżywa, a najgorzej było w czasie przedświątecznym. – Mamo, Wigilia, Święta…, a ten człowiek, na tych schodach… I nie kończyła, bo łzy jej na to nie pozwalały. Trudno to pojąć – widocznie On wybrał takie życie, nic nie można „na siłę”, bo – jak mówi córka – „boję się, że się  wystraszy  tym nadmiernym zainteresowaniem i  tu na noc więcej nie przyjdzie”, a to w ten zimowy czas… może być dla Niego końcem wszystkiego…

Na szczęście ZIMA ma też  inne oblicze… Ale o tym już następnym razem.
21 grudnia 2009

 Święta, Święta!!!

Wielu na nie z niecierpliwością czeka, zwłaszcza nasi milusińscy. Choć znam takich, którzy twierdzą, że ich nie lubią – bo za dużo pracy przy przygotowaniach, ogólny chaos w domu, a później… bezruch i bezlitosne dla ciała (ale i duszy) objadanie się świątecznymi smakołykami.  Pewne i sprawdzone jest jedno – magia Świąt Bożego Narodzenia wydobywa z głębi ludzkich serc, częściej niż zwykle, chęć pomocy innym ludziom, uśmiech, szczere życzenia i chęć przebaczania.

 Jednak Święta to nie tylko dobroć… Na tradycyjnym, wigilijnym stole każdy chce mieć danie z ryby, najczęściej jest to karp. Niestety, niewielu zastanawia się, spożywając to pyszne mięso, nad coroczną, grudniową tragedią tych zwierząt – ranionych przy wyławianiu, przetrzymywanych bez dostatecznej ilości wody, umierających w cierpieniach. Widok żywych karpi, przenoszonych w jednorazowych foliówkach – to, porażająca wszystkich miłośników przyrody, codzienność! Zdaję sobie sprawę, że jedzenie mięsa jest wpisane w naszą naturę, jest siłą przyzwyczajenia i inaczej nie będzie. Chodzi tylko o to, aby zminimalizować strach, cierpienie zwierząt, żeby „to”, co jest dla nich nieuchronne – robione było w sposób humanitarny, przez ludzi nie pozbawionych uczuć i sumienia!

W związku ze świętami pojawia się też wciąż dylemat: choinka sztuczna, czy żywe drzewko?

 Opinie są podzielone, choć media zachęcają do zakupu „prawdziwej”. Jednak biorąc pod uwagę fakt, jak ważne dla środowiska, dla całego świata zwierząt, dla nas – ludzi są rośliny – ja jestem za… sztuczną. Żal mi tych zielonych drzewek, wycinanych na kilka dni, smutno kończących na śmietniku. Raz kupiona, dobrej jakości, właściwie przechowywana sztuczna choinka – posłużyć może kilka, lub nawet kilkanaście lat (mam to sprawdzone).

I jeszcze coś – co nie daje mi spokoju, ilekroć wychodzę poza drzwi ciepłego domu… Nastała mroźna zima, taka na jaką niektórzy czekali. I smutny czas dla zwierząt przebywających na dworze. Cierpią z zimna i głodu dzikie zwierzęta (pamiętajmy o dokarmianiu!) i  nasze domowe. Przecież najlepsza buda, do której naleciało śniegu, przy 20 stopniowym mrozie- to ŻADNE schronienie! Wielu gospodarzy wiejskich ma różne pomieszczenia do których wystarczyłoby psiaka wpuścić, żeby nie marzł. Dlatego ja wciąż mówię o tym komu mogę, dzieciom w szkole, znajomym. Poprzez spokojne i rzeczowe uświadamianie można zmienić los niejednemu zwierzakowi. Ale czy zawsze? Oglądałam dziś w telewizji reportaż o przemarzniętych szczeniakach, zamkniętych w małych klatkach, sprzedawanych przy tym wielkim mrozie na targowiskach. Dziennikarz  ze zgrozą podkreślił, że nie ma podobno prawa dotyczącego sposobu sprzedaży zwierząt! Są ludzie wrażliwi na ich los, zgłaszają problem, chcą w ten sposób pomóc bezbronnym – i co? NIC! Nie ma ustanowionego prawa! Brak słów!!!

Choć Święta mają być czasem spokoju – nie można zamiatać pewnych spraw pod dywan, udawać, że problemów nie ma. Stąd mój dzisiejszy nastrój… Jednak jako optymistka liczę, że może być lepiej! Czego sobie i wszystkim czytelnikom na te nadchodzące Święta i Nowy 2010 Rok ŻYCZĘ!!!

14 grudnia 2009

  Sprzyjające SZCZĘŚCIE!

Tak, tak! Ponad dwa miesiące temu nasza mała szkółka cieszyła się ze zdobycia II miejsca w ogólnopolskim finale konkursu TESCO – „Dbajmy o środowisko – to takie proste” i nagrody w postaci nowoczesnej pracowni naukowej wartości 30 tys. złotych, a tu… kolejny sukces!

Ale po kolei… W kwietniu tego roku, w trakcie realizacji edukacyjnego projektu ekologicznego autorskiego pomysłu, do naszej szkoły dotarła informacja o organizowanym przez Urząd Marszałkowski w Poznaniu konkursie o nazwie „Działania proekologiczne i prokulturowe w ramach strategii rozwoju obszarów wiejskich”. Dołączony wniosek trzeba było wysłać do 30 maja. Na początku, po przeczytaniu pełnego regulaminu, sceptycznie podeszłam do pomysłu udziału w tymże konkursie i… wniosek trafił do teczki. W tym czasie w szkole pełną parą realizowaliśmy kolejne zadania ujęte w naszym projekcie, przygotowaliśmy i wysłaliśmy pracę albumową do TESCO i – jak to pod koniec roku szkolnego – pracy było więcej niż czasu. Ale któregoś dnia (dziś wiem, że szczęśliwie) – wniosek z Urzędu znów wpadł mi w ręce. Zaświtała myśl, żeby go jednak wypełnić i wysłać  (nielicząc jednak na wiele; ot tak dla spokojnego sumienia). Po konsultacji z dyrektor szkoły i słowach zachęty – jak pomyślałam – tak uczyniłam: w ostatnim, możliwym do wysłania dniu! W tym miejscu dodam jeszcze, że wniosek musiał być też podpisany przez wójta naszej gminy, a jednym z punktów w nim (który spełnialiśmy) było przedstawienie rodzaju i zakresu współpracy z samorządem terytorialnym odnośnie realizowanego projektu (od Urzędu Gminy dostaliśmy 200 zł na nagrody za szkolne eko-konkursy i kolorowe pojemniki do segregacji odpadów, których wcześniej nie było; otrzymaliśmy też możliwość bezpłatnego przejazdu autokarem na lokalne składowisko odpadów).

 Czerwiec – wystawianie ocen, uroczyste podsumowanie projektu, wypisywanie świadectw, zakończenie roku szkolnego i wyczekiwane wakacje. Odzewu w sprawie wniosku nie było, więc myśleliśmy, że albo nie dotarł, albo został odrzucony. Ale w sierpniu – telefon: przeszliśmy do kolejnego etapu, a 9 września czeka nas wizyta, zwana wizją lokalną, kilkuosobowej grupy jury z Poznania. Jak pracowicie w związku z tym wyglądał początek roku szkolnego – można sobie wyobrazić! Trzeba było znaleźć sposób na udowodnienie tej całej, mrówczej, pożytecznej dla środowiska pracy, którą wykonaliśmy realizując szkolny projekt. Szkodliwość corocznego wypalania traw, wyrzucania do zwykłego kosza czy wylewania wprost do gleby, niepotrzebnych czy przeterminowanych leków i detergentów, konieczność segregowania odpadów, w tym toksycznych jak baterie, zmiana złych eko- nawyków na dobre, jak np. zamiana jednorazowych foliówek na torby z materiału, wielorazowego użytku – to tylko niektóre, dokładnie przerobione zadania, z uczniami i rodzicami. Ale jak to udowodnić? Całe szczęście, że mieliśmy bogatą dokumentację fotograficzną, scenariusze, opisy, raporty, itp.- wykonaliśmy album, plakaty i gazetki, a o całym projekcie, przybyłym 9 września gościom, opowiedzieliśmy, wykorzystując przygotowany na tę okoliczność pokaz slajdów.

Po zakończonej wizycie „czuliśmy”, że wywarliśmy bardzo dobre wrażenie, ale… do początku grudnia – żadnego odzewu! Pewnie odczucia zawiodły, albo znaleźli się dużo lepsi – kiełkowało w głowie. Aż tu – zaproszeni! Dla wójta i naszej Pani dyrektor. Spotkanie laureatów konkursu – 10 grudnia w jednej z sal PAN w Poznaniu. Coś wygraliśmy, ale co?         W tamtym roku przyznano nagrody pieniężne, ale było też dużo rzeczowych. Z niecierpliwością czekaliśmy na telefon od Pani dyrektor. Przed godziną 12.00 dzwoni: NASZA SZKOŁA ZA ZGŁOSZONY PROJEKT „ EKOLOGICZNA WIOSNA” ZDOBYŁA III MIEJSCE W KATEGORII – „PROMOCJA WSPÓŁPRACY POMIĘDZY SAMORZĄDAMI, A JEDNOSTKAMI IM PODLEGŁYMI LUB PODMIOTAMI GOSPODARCZYMI” WYGRYWAJĄC 15 TYS. ZŁOTYCH!

Co czuję: radość, dumę, zadowolenie, że cały trud, nieprzespane noce, mają swoje wspaniałe, przydatne szkole, namacalne odzwierciedlenie. Każda nagroda cieszy, dodaje energii, rodzi kolejne pomysły, pcha do działania. Mnie też! Mam nadzieję, że następny rok, który zbliża się wielkimi krokami, będzie tak samo owocny! Czego sobie i wszystkim czytelnikom już dzisiaj życzę!!!
7 grudnia 2009

 POSTAWMY NA MŁODYCH!

Dziecko jest jak gąbka, która chłonie informacje z najbliższego otoczenia. Często już jako dorośli ludzie zauważamy u siebie dokładnie te same cechy, powielamy te same zachowania w różnych sytuacjach, co bliscy, u boku których się wychowywaliśmy. Niejeden raz w młodości myśleliśmy: „ ja tak nie będę”, „w mojej rodzinie kiedyś będzie inaczej”, a parę lat później… przyłapujemy się, że robimy to samo i mówimy podobnie… Do czego zmierzam?

Jak ważne są dziś sprawy związane z ochroną przyrody – wie każdy, kto choć trochę się tym interesuje i zajmuje. Przerażająca jest wizja tego, co czeka świat (może nawet w niedalekiej przyszłości) w związku z intensywnym rozwojem cywilizacji, dążeniem do wygodnego życia w dobrobycie, konsumpcjonizmem, codziennym postępowaniem szkodzącym naturze.

Nadawany niedawno w telewizji film „ Pojutrze”, przedstawiający kolejną erę lodowcową, choć na szczęście na podstawie fikcyjnego scenariusza, „dał wiele do myślenia”…  Niestety muszę przyznać, że moje pokolenie i pokolenie moich rodziców przyczyniło się do niekorzystnych zmian ekologicznych. Nikt nam nie mówił, dlaczego tak, czy inaczej nie wolno postępować, jakie mogą być konsekwencje.

Pamiętam coniedzielną wyprawę po słodki napój, napełniany do syfonów, dźwięk otwieranych szklanych butelek oranżady i szelest papierowych torebek do których pakowano cukierki; i jeszcze mleko czy śmietanę, po które chodziło się do sklepu z wymiennymi butelkami. A później… era wszędobylskich plastików; krótko mówiąc (tak myśleliśmy): Nowość! Moda! Wygoda!

Codziennością był wywóz niepotrzebnych rzeczy do lasu, na pola, palenie w piecach wszystkiego, co spalić się dało, zapalone w każdym pomieszczeniu światła, brak filtrów na kominach, wylewanie szkodliwych ścieków do rzek, coroczne wypalanie traw; niewielu widziało w tym coś złego. Było na to społeczne przyzwolenie. A dlaczego??? Z braku świadomości!!!

Dlatego uważam, że w dziedzinie ekologii należy postawić na młodych, na ich edukację w tym zakresie, bowiem wiedza jest w stanie zmienić świadomość, a stąd już krok do wyrobienia pozytywnych zachowań, właściwych nawyków.

Kształcenie najmłodszych, w myśl przysłów: „Czym skorupka za młodu…”, czy „ Czego Jaś się nie nauczy…” jest nadzieją dla tego świata. Młodzi dzięki pozyskanej wiedzy nie tylko sami wpłyną na poprawę stanu środowiska, ale też poprzez swoje zachowanie mogą zmieniać świadomość dorosłych; przecież prośba czy pozytywny przykład dziecka jest w stanie skruszyć prawie każde dorosłe serce, skłonić do refleksji, a w konsekwencji spowodować powolną, lecz stałą zmianę złych nawyków na właściwe…
30 listopada 2009

 MOJE DZIECKO = MÓJ EKOPOGLĄD (?)
29 listopada – to wigilia Św. Andrzeja – tradycyjny wieczór wróżb i przepowiedni, znany, lubiany i kultywowany od lat… Ale to też dzień szczególny dla mnie i mojej rodziny – urodzin najmłodszej córki. „Jak ten czas leci…” – powtarzamy patrząc na rosnące dziecko. Zastanawiamy się: czy to dobrze, że
„wychodzi” z lat wczesnego dzieciństwa? Czy kłopoty kończą się, czy może zaczynają?

I tak, i nie. Każdy, kto „przeszedł” przez wszystkie okresy dziecka, wie, że nie można „przejść przez nie suchą stopą” …
Cieszy nas zdrowie, sukcesiki i sukcesy pociech, smuci ich przeciwieństwo. Jesteśmy dumni, jeśli uznawane i przekazywane przez nas życiowe wartości – kiełkują u nich, rozwijają się i owocują.

Mogłabym rozwinąć temat i podać tu kilka przykładów, ale ze względu na charakter naszego portalu odniosę się do jednego z nich – stosunku moich dzieci do przyrody. Nie wiem, czy coś takiego można mieć w genach, czy jest to wyłącznie sprawa wychowania, ale wiem na pewno, że tak jak i ja – moje dzieci są ludźmi bardzo wrażliwymi na los wszystkich istot żywych. Zawsze tak samo mocno przeżywamy sceny zwierzęcych tragedii, zarówno na ekranie telewizora, jak i w życiu codziennym. Widok psa potrąconego przez samochód czy innego rodzaju cierpienia zwierzaka – odbiera na pewien czas radość życia…

Ciężkie są dla nas chwile pożegnań z domowymi pupilami. Nie inaczej było, kiedy po 13 latach, na skutek ciężkiej, nieuleczalnej choroby, trzeba było podjąć decyzję o eutanazji naszej Tiny – suczki jamnika szorstkowłosego. Oprócz morza łez, pojawiły się ze strony dzieci trudne pytania, na które sama nie potrafiłam znaleźć odpowiedzi, dlaczego zwierzęta muszą cierpieć; czy mamy prawo, jako ludzie, decydować o momencie ich śmierci, nawet jeśli – jak mówiła pani weterynarz – w przypadku cierpienia jest to najbardziej humanitarne rozwiązanie? (starsza córka odpowiedzi szukała nawet u księdza, pytając, czy nie popełniliśmy grzechu…).
Niedawno przeczytałam napisane w zeszycie do języka polskiego wypracowanie mojej dzisiejszej solenizantki: „Kwiat paproci”.  Były w nim m.in. zdania: „…Chciałabym być też niewidoczna, by zobaczyć tych wszystkich, którzy bezmyślnie niszczą rośliny… tych, którzy zaśmiecają lasy; byliby wreszcie ukarani! Mogłabym też wtedy pomóc bezdomnym zwierzętom… Na świecie byłoby mniej strachu i cierpienia…

Choć wiem z własnego doświadczenia, że ludziom nadwrażliwym na niektóre sprawy tego świata, zwłaszcza na te, na które nie mamy wpływu nie żyje się łatwo, cieszę się z takiego ekopodejścia moich dzieci. Nie wyobrażam sobie, by mogłoby być inne. I… życzę go dzieciom wszystkich rodziców!

23 listopada 2009

  RADOŚĆ Z EFEKTÓW…

Każdy człowiek lubi „widzieć” efekty swoich działań; oczywiście pozytywne. Dotyczy to zarówno spraw drobnych, związanych z codziennym życiem, jak i tych, które są długotrwałym procesem – rodzic wychowując dziecko, zawsze zakłada, a przynajmniej ma nadzieję, że wyrośnie ono na dobrego i mądrego człowieka. I rozpiera go duma, jeśli w dorosłym życiu tak właśnie jest postrzegane przez innych. Ma wtedy poczucie, że jego ciężka, systematyczna praca, a często poświęcenie i wyrzeczenia nie poszły na marne.

Nie inaczej jest w naszym nauczycielskim zawodzie – dobry nauczyciel będzie cieszył się z każdego, najmniejszego sukcesu ucznia – z przygotowania się do zajęć, pozytywnej oceny ze sprawdzianu, ze zgodnej współpracy w zespole klasowym, czy zaangażowania się w różne sfery życia szkolnego. Świadczy to bowiem o właściwym oddziaływaniu na uczniów –  zarówno dydaktycznym, jak i wychowawczym. I świetnie, jeśli to oddziaływanie ma wymiar szerszy i namacalny, np. sukces w jakimś pozaszkolnym konkursie w postaci zdobycia czołowego miejsca, co jest dla nauczyciela olbrzymią satysfakcją –  wiem coś o tym…

Ale wiem też, że w naszym zawodzie efekty ciężkiej pracy mogą być często nienamacalne i przez niektórych niezauważalne;  Einstein powiedział: „Nie zawsze – to co w życiu ważne da się zmierzyć”… Efekty naszych oddziaływań nie muszą być od razu widoczne; mogą mieć wymiar długofalowy, a nawet ponadczasowy. Jak choćby kształtowanie właściwego stosunku do środowiska przyrodniczego –  zmieniamy nasze złe nawyki z korzyścią nie tylko dla siebie, ale i dla przyszłych pokoleń.

Nasi uczniowie, jak kiedyś pisałam, zdobyli II miejsce w ogólnopolskim konkursie „ Dbajmy o środowisko –  to takie proste” –  co mnie i wielu innym dostarczyło radości. Jednak nie mniej cieszą drobne, codzienne oznaki, że zrealizowane w zeszłym roku szkolnym zagadnienia projektu ekologicznego spowodowały zrozumienie problemu i wykształcenie u części dzieci właściwych zachowań – bezinteresowne przynoszenie baterii do szkolnych pojemników, podnoszenie śmieci bez nakazu, segregowanie odpadów…

Jedna z dziewczynek po zakończeniu projektu powiedziała, że odkąd w szkole tak dużo mówimy o tej ekologii –  inaczej patrzy na wiele spraw i w domu też wiele się zmieniło, począwszy od oszczędności energii i wody („często sprawdzam, czy nie świeci się niepotrzebnie światło lub czy kran jest dobrze zakręcony”) po segregację domowych śmieci ( „teraz plastiki trafiają do plastików, a nie do zwykłego kosza!).

Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że projekt na wszystkich uczniów nie podziałał w takim samym stopniu, ale jeśli wpłynął na zmianę złych nawyków choć u jednego z nich, można śmiało twierdzić –  efekty są, więc warto było go realizować!
16 listopada 2009

 SKRZYDŁA SAME ICH PONIOSĄ…
„ – Podejdźmy do krawędzi
– Boimy się – odrzekli.
– Podejdźcie do krawędzi – powtórzył.
Podeszli. Wtedy ich pchnął…
… i pofrunęli.”
Przesłanie Guillaume Apollinaire’a, które kiedyś usłyszałam i bardzo mi się spodobało, może być skierowane do wszystkich odpowiedzialnych za wychowanie i kształcenie; w swych słowach aż „ krzyczy”: zachęcajcie młodych do działania, doradzajcie im, kierujcie nimi, wskazujcie drogę, pomagajcie rozwiewać wątpliwości, będąc przy tym stanowczym i konsekwentnym. Oni są chętni do pracy, otwarci na nowe wyzwania, a przy tym wrażliwi na potrzeby tego świata… tylko czasami niepewni… z różnych powodów (ale to już odrębny temat). Takim „popychającym” do działania powinien być nauczyciel. Wystarczy podsunięcie pomysłu, omówienie jego idei, podkreślenie rangi zadania oraz korzyści z niego wynikających i… wszystko zaczyna się toczyć, a machina działań nabiera rozpędu.

Przychodzą mi tu na myśl różne akcje charytatywne w naszej szkole czy udział uczniów w konkursach. Wystarczy słówko… Ot, choćby ostatnia akcja „ Psi los” – ogłoszono, powiedziano co, dla kogo i w jakim celu zbieramy, później przypominano o terminie jej zakończenia i proszę: nasze lokalne schronisko wzbogaciło się dzięki nam o karmę: suchą i w puszkach, ryż, kaszę, koce, poduszki, smycze, legowiska, a wiele dzieci przyniosło też własne zabawki. Pracownik schroniska nie krył zadowolenia; powiedział, że na szkoły (dzieci oraz nauczycieli – opiekunów, kierujących takimi przedsięwzięciami) można liczyć, a jest to o tyle ważne, że „w tym miejscu bywają ciężkie dni”.

Wkrótce zapowiem zarejestrowanie zgłoszenia naszej szkoły do tegorocznego programu odzyskiwania puszek aluminiowych, prowadzonego przez fundację RECAL. Myślę, że odzew będzie właściwy, tym bardziej, że od fundacji otrzymaliśmy już ciekawy zestaw materiałów: estetyczne pojemniki na puszki, plany lekcji oraz kolorowe magnesy dla każdego ucznia, plakaty i broszury edukacyjne. Wszystko to pozwoli przekazać właściwą wiedzę, a tym samym zachęcić dzieci do udziału w tym nowym konkursie. Ja – jako koordynator, też mam pomysł jak to zrobić: „delikatnie ich popchnę, a skrzydła już same  poniosą…”.

9 listopada 2009

 PRZEMIJANIE…

Wszystko na świecie przeminie…
I sen, i zrealizowane marzenie…
Lecz jest coś, co nigdy nie zginie,
A tym jest niewątpliwie wspomnienie.

Te napisane niegdyś przez kogoś, skierowane do mnie słowa w moim dziecięcym pamiętniku – często znienacka przychodzą mi na myśl; tak jak dzisiaj – stojąc przy grobie moich dziadków; lata ich życia, pracy, zmagań, codziennych radości i trosk, osobiste dramaty (pochowali dorosłe dziecko)…Wszystko przeminęło… Lecz jak ktoś mądrze powiedział – Ci, którzy „odeszli” mogą „żyć” nadal, tak długo, dopóki będziemy o nich pamiętać.
Przyroda wciąż nam przypomina o przemijaniu, zwłaszcza obecna pora roku i jesienne liście (opadłe z drzew po ostatnich przymrozkach, niczym pierzynka przykryły groby na cmentarzu). Dlatego być może jest wielu takich, którzy nie lubią jesieni. Czasopisma „pomagają” w tym, rozpisując się o depresji spowodowanej niedostatkiem Słońca, chłodem, krótkimi dniami… Próbuje się niektórym skutecznie wmówić, że złe samopoczucie w tym czasie to norma, że powinniśmy jakoś przetrwać, wytrzymać „oby do wiosny”. W ten sposób wielu z nas, zapadając w jesienny letarg przeczekania – dużo traci. Czekaniem wciąż „na coś” nieświadomie przyśpieszamy proces przemijania; czekamy na noc, na koniec tygodnia, na nowy miesiąc, na wolny dzień, na święta, na wiosnę, a później dziwimy się, że „ten czas tak szybko leci!”…

 Ja wbrew większości – lubię jesień. Nie przeszkadza mi jej chłód (rześkie powietrze dodaje energii), ani długie wieczory (więcej czasu na domowe sprawy). Obserwowanie zmian w najbliższym otoczeniu: znajomych miejsc w czasie drogi do pracy, w domowym ogrodzie, w przyszkolnym parku – może dostarczyć wiele radości i estetycznych doznań. Różnobarwne liście tworzące miękki, szeleszczący dywan, stukot spadających żołędzi, przysiadające na gałęziach kolorowe sikorki bogatki, pięknie ubarwione o tej porze roku sarny, nieśmiało przebijające się przez chmury promienie Słońca – czy to mało, żeby powiedzieć, że jesień jest piękna???

I jeszcze jedno – uważam, że rozmyślania o przemijaniu wcale nie muszą być przykre. Przemijanie jest częścią przyrody, podobnie jak częścią przyrody jesteśmy My. Jest wpisane w scenariusz istnienia świata i nie mamy na nie wpływu. Mamy za to wpływ na wiele spraw ziemskich w czasie naszego życia, w tym na stan środowiska, w którym żyjemy i od którego nieustannie jesteśmy zależni. Angażując się w rozwiązywanie jego problemów – możemy pozostawić po sobie wspomnienie, dobre wspomnienie…

 

2 listopada 2009

LISTOPADOWE ROZWAŻANIA…

 Już listopad… Jak ten czas leci… Jednym szczęśliwie, innym, niestety, dużo mniej… Pierwsi chwalą każdy dzień, drudzy z niepewnością i lękiem zaczynają go i kończą. Ale – jak to się mówi – takie jest życie, taki jest los –  „człowieczy los”–  śpiewała niegdyś w swoim pięknym utworze nieżyjąca już Anna German.

Filozoficzny ton, melancholijny nastrój? Myślę, że to norma większości z nas w tych dniach każdego roku, bo odwiedzając cmentarze i wspominając tych, którzy odeszli – częściej niż zwykle zastanawiamy się nad sensem istnienia… A jaki z tych rozmyślań wniosek na dziś? Prosty: życie każdego człowieka to – mimo przeciwności losu – nieodgadniony cud i bezcenny skarb! Jednak czy tylko życie człowieka??? Ja mówię – nieeeeeeeee!!! Także życie każdego innego, żywego stworzenia! Słowa powyżej – można by odnieść do życia zwierząt domowych. Jedne z nich bowiem mają szczęście trafić na dobrych i odpowiedzialnych właścicieli (i te chwaliłyby – gdyby potrafiły – każdy dzień), inne, niestety, mają żywot wypełniony lękiem, cierpieniem i bólem.

Czy można powiedzieć, że taki już ich los…zwierzęcy los? Nie!!! O ile człowiek często jest, jak się mówi, „kowalem swojego losu” i ma na swe życie duży wpływ –  to zwierzę, niestety –  nie; zdane może być jedynie na „łaskę i niełaskę” swego „pana i władcy”. Moje myśli krążą wokół smutnego życia wiejskich zwierząt gospodarskich, które hodowane „na rzeź” traktowane są jak przedmioty (na przykład w swej ostatniej drodze  przewożone  bez  dopływu odpowiedniej ilości powietrza, z połamanymi nogami, popychane i bite…).

 A te wszystkie psy uwiązane na krótkim łańcuchu za domem, lub spędzające całe życie w niewielkich kojcach? Zastanawiam się, po co ludzie decydują się mieć te psy? Pewnie tylko po to, żeby szczekaniem oznajmiały, że ktoś wchodzi na podwórze. Serce kroi się z bezsilności! Dlatego każdy, kto nie jest obojętny na te sprawy, niech często i stanowczo zabiera głos. Może choć w części zmieni się świadomość ludzi i ich stosunek do zwierząt. Poprawiając życie jednemu z nich – nie zmienimy świata, ale świat zmieni się dla tego jednego zwierzęcia…

Skończył się październik – Miesiąc Dobroci dla Zwierząt – w naszej szkole, w ramach akcji „Psi los”, zbieraliśmy rzeczy potrzebne lokalnemu schronisku. Uczniowie nie zawiedli – w środę przekażemy żywność, koce i zabawki dla bezdomnych „braci mniejszych”. Mam nadzieję, że kształtowana właściwie świadomość dziecka i zakiełkowane nawyki w przyszłości zaowocują takim traktowaniem zwierząt, na jakie naprawdę zasługują!

 I jeszcze jedno – „zbliża się zima, a ja ciepłej budy nie mam!”– tak powiedziałby niejeden pies, gdyby umiał. Poruszmy ten temat, z dziećmi na lekcjach, z dorosłymi na zebraniach. Marznięcie, a nawet zamarzanie (znam takie przypadki) zwierząt w czasie zimy – to duży problem, bardziej powszechny niż nam się zdaje!
 26 października 2009

ŚMIECIU  DO KOSZA? NIE ZAWSZE…

Wyraz „śmieci” w pierwszej chwili kojarzy nam się z czymś niepotrzebnym, zbędnym, co nadaje się tylko do wyrzucenia i wyniesienia (jak najdalej…). W pewnym sensie to prawda, ale nie do końca…
Według słownika – „śmieci – to inaczej odpady, czyli coś, co odrzucamy po wykorzystaniu, powstające w wyniku wielu rodzajów ludzkiej działalności (od uprawy ziemi po przemysł chemiczny); od tych naturalnych, które w naturalny sposób mogą być ponownie wykorzystane (kompost…) –  po te, które ze względu na swe działanie w środowisku zaliczane są do niezwykle toksycznych (leki, baterie…) i w specyficzny sposób muszą być składowane”.
Każdy, bądź olbrzymia większość z Nas, chce, by wokół było czysto, ale, czy często zastanawiamy się nad problemem współczesności – „ zalewania świata przez odpady”? Badacze twierdzą, że jak w takim tempie będziemy produkować, składować, wyrzucać – świat będzie niedługo jednym wielkim śmietniskiem. Czy chcemy mieszkać na śmietnisku?!
Jak często świadomie wybieramy produkt np. niepakowany podwójnie, bądź w opakowaniu nadającym się do recyklingu? Jak często zastanawiamy się – czy kupowana rzecz jest nam naprawdę potrzebna? Nie raz, nie dwa dręczeni prośbami kupujemy dziecku kolejną maskotkę, breloczek i co tam jeszcze chce, którymi nasza pociecha bawi się 5 minut, po czym odkłada na półkę, do szuflady… Jak długo tam leżą? Zwykle do kolejnych porządków, po czym… trafiają do kosza, zresztą wraz z ciężko zarobionymi przez nas pieniędzmi.

Nie chodzi o to, żeby się całkowicie pozbawiać przyjemności kupowania, ale żeby dobrze przemyśleć kolejny zakup, ALBO…żeby zastanowić się, czy to, czego nie chcę, nie podoba  mi się, jest mi już nieprzydatne – zawsze musi trafić na śmietnisko? I tu już wystarczy odrobina chęci i pomysłowości… czyste maskotki, niepotrzebne ubrania można komuś podarować, nowy breloczek można własnoręcznie zrobić lub podsunąć pomysł wykonania dziecku, któremu tworzenie sprawia z natury olbrzymią radość (dłużej też uszanuje taką zrobioną przez siebie rzecz). Jeżeli przy okazji zakupów musimy już zabrać ze sklepu jednorazową foliówkę (bo swojej z materiału zapomnieliśmy) – wykorzystujmy ją chociaż ponownie, tak długo – jak się da.

Nasze – nauczycieli – zadanie w tym zakresie też jest duże. Ja na przykład wciąż przypominam dzieciom, jaka jest rola drzew i ile ich musi „zginąć”, żeby wykonano zeszyty czy meble. Podpowiadam, że z niepotrzebnych kartek można zrobić np. notesik, do prac plastyczno-technicznych, zamiast kupować nowe materiały – zbierać i wykorzystać to, co mamy w domu (resztki papieru, bibuły, okładki bloków czy zeszytów). Zeszyty przedmiotowe też nie muszą być co roku nowe; w ramach jednego przedmiotu – ten sam zeszyt niech służy dziecku w kolejnych latach, aż do zapisania (zrobione w nich notatki –  nie raz na pewno się przydadzą!).
Czyli śmieci – wbrew temu, co się mówi – nie zawsze i nie wszystkie muszą od razu trafiać do kosza!
A co do przyszłości i życia ludzi na śmietnisku? Może jeszcze nie jest za późno? Ale to już zależy od nas wszystkich i od każdego z osobna…

19 października 2009

WARTO PRÓBOWAĆ !!!

   Choć za tydzień minie miesiąc od naszego udziału w wielkim finale ogólnopolskiego konkursu zorganizowanego przez Tesco i Fundację Instytutu Nowoczesnej Edukacji „Dbajmy o środowisko – to takie proste!”- ja często słyszę jeszcze w uszach słowa : „ Drugie miejsce w kategorii klasy IV-VI zdobywaaaaa… SZKOŁA PODSTAWOWA… Z PARCZEWA!!!”. A po tych słowach… nie do opisania radość przejawiająca się krzykiem, babskim piskiem,  „indiańskim tańcem” wokół stolika z koleżanką, (chwilę wcześniej dyskutowałyśmy, że jeśli nie ma III miejsca – to  jesteśmy poza podium), później szalone przedzieranie się przez tłum do moich uczniów będących już na scenie,  w drodze do nich – spotkanie  z panią dyrektor szkoły, przedstawicielem rodziców i będącą z nami jeszcze jedną koleżanką (i znów ściskanie, łzy szczęścia)…i wreszcie meta, czyli scena, a tam… płaczące dzieciaki z roześmianymi od ucha do ucha buziami, uściski, podskoki – tak, iż w pewnym momencie dyskretnie poproszono nas o jako – takie ustawienie się w kierunku mediów, które czekały, aby zrobić pamiątkowe zdjęcia. Tak naprawdę niewiele szczegółów pamiętam z tamtych chwil i co rusz o pewnych się dowiaduję… Nawet nie podejrzewałam siebie o taką spontaniczność w wyrażaniu emocji! Ale tak naprawdę nic dziwnego – odnieśliśmy taki sukces! Jak napisałam później w nagłówku artykułu do gazety: WIELKI SUKCES – MAŁEJ SZKOŁY – W DOBRYM STYLU! I tak jest! Przecież w finale w Warszawie, do którego i nasza mała szkółka (68 uczniów) dostała się (wygrywając półfinały) – brały udział szkoły dużo liczniejsze, z wielkich miast. Pamiętajcie więc – WARTO PRÓBOWAĆ, nawet jeśli konkurs ma tak duży, bo ogólnopolski,wymiar jak ten.

  A jak to się zaczęło? W marcu dotarły do szkół plakaty wraz z informacją o konkursie organizowanym po raz siódmy w ramach  akcji: „Tesco dla szkół i dla środowiska” o tytule na ten rok podanym powyżej. Należało przeprowadzić i udokumentować ekologiczne akcje na rzecz środowiska. My  maju wysłaliśmy album przedstawiający realizację wielu eko-zadań (w ramach realizowanego w szkole autorskiego, edukacyjnego projektu: „Ekologiczna Wiosna”), w którym znajdowały się ciekawe opisy tych zadań i przeprowadzonych ankiet, slogany, hasła, scenariusze, a wszystko poparte licznymi zdjęciami. Za tę pracę zdobyliśmy  I miejsce w województwie wielkopolskim, co było przepustką do wielkiego finału w Pałacu Nauki i Kultury. I to już był dla nas wielki sukces  (jak się dowiedzieliśmy startowało w  I etapie prawie 500 szkół) i jeszcze nagroda, która bardzo nas ucieszyła – cyfrowa kamera! Później były wakacje, a po nich wybór ekipy uczniów reprezentującej szkołę i intensywne przygotowania pod moim kierunkiem z tak rozległej dziedziny jaką jest EKOLOGIA. Pozostał jeszcze problem kosztów związanych z wyjazdem, ale i tu wszystko się dobrze ułożyło – nasz przejazd zgodził się pokryć Urząd Gminy, a nocleg z posiłkiem – Rada Rodziców szkoły. Oczywiście, były wątpliwości przed wyjazdem – czy damy radę, czy te wszystkie wysiłki nie pójdą na marne, czy ponoszący koszty wyjazdu – nie pomyślą o nas źle, jeśli nie wygramy? Ale drugiej strony grzechem byłoby nie spróbować! No i teraz, będąc po wszystkim, powtórzę po raz kolejny- WARTO PRÓBOWAĆ!!! Dla satysfakcji własnej, uczniów, nauczycieli, dyrekcji, rodziców, a myślę, że i całej społeczności lokalnej. W tym konkretnym przypadku- także dla samej nagrody-  otrzymamy nowoczesną pracownię naukową o wartości 30 000 zł.!!!
P.S. Wspaniale przygotowany przez organizatorów finał w Warszawie opisuje zwycięska szkoła z Elbląga (wyprzedzili nas tylko o 3 punkty!) w AKTUALNOŚCIACH „Zielonej lekcji” . Zapraszam do ciekawej lektury!

 

12 października 2009

CZY TO SĄ LUDZIE ?!?!?!

To pytanie  przychodzi mi na myśl słysząc, czytając, oglądając te wszystkie okropieństwa związane z traktowaniem zwierząt… Tyle razy obiecywałam sama sobie, że będę unikać reportaży związanych z tą tematyką, bo nie mogę o tym później przestać myśleć- jednak chyba bierze górę ciekawość ludzka i… proszę – wchodzę na internetowy portal świeżych wiadomości – a tu powrót  sprawy zabijania psów na smalec (ci co kupują są równie winni!). Albo sprawa zabicia, a właściwie zakatowania jeża przez dwóch młodych ludzi (podobno grozi im za to 10 lat – i dobrze!). W innej polskiej wsi – gospodarz trzymał w ohydnych  miejscach 20 psów (poranionych, w małych klatkach i w dołach z padliną – głodnych, bez wody, przeraźliwie bojących się właściciela!). A te wszystkie zwierzęta przewożone środkami transportu w straszliwych warunkach lub w podobnych sprzedawane na targowiskach??? Ostatnio oglądałam (zupełnie przypadkowo?) film o taśmowym „produkowaniu” kurcząt w jednym z bardziej nowoczesnych zakładów produkcyjnych. Powiem  krótko – my jedząc kurczaki – przyczyniamy się do ich cierpienia. Jak powiedział głos komentatora – Czy po obejrzeniu tego filmu sięgniecie kiedykolwiek po mięso z tego zwierzęcia???- bo ja nie!!!

Niestety – wiem, że przyzwyczajenie jest drugą naturą – ja też parę razy próbowałam zostać wegetarianką, ale… no właśnie – nie potrafię… Wracając do zwierząt – nie można pomóc wszystkim, ale  dobrze, że coraz częściej są ludzie, którzy te sprawy zauważają, zgłaszają i nagłaśniają!!! Uważam, że dużo zależy od nauczycieli.  Wiem z doświadczenia, że można bardzo szybko zmienić myślenie dziecka, uwrażliwić go na pewne sprawy poprzez tłumaczenie, że zwierzę też czuje strach i ból! Nawet, jeśli  szacunku do istot słabszych nie wyniosło z domu – zastanowi się, a po pewnym czasie zacznie zmieniać postawy dorosłych z którymi przebywa. Ja swoim uczniom zawsze powtarzam to co powyżej, mówię- że każde, nawet najmniejsze stworzenie ma jedno życie, że jeśli nie musimy – nie odbierajmy mu go! Rodzicom powtarzajmy- „jeśli Wasze dziecko nie będzie robiło krzywdy zwierzęciu – nie zrobi też jej w przyszłości z dużym prawdopodobieństwem człowiekowi!”. Nawiązując do tego- chcę podzielić się pomysłem, który wprowadziłam w życie. W tym roku szkolnym, kontynuując to – co w zeszłym rozpoczęto (realizowaliśmy autorski projekt „Ekologiczna Wiosna” ; jego opis znajduje się w materiałach edukacyjnych „zielonej lekcji”- zachęcam do zajrzenia!:), w zorganizowanym  eko- kąciku wywiesiliśmy apel / prośby do rodziców; są np.takie:

RODZICE ! ! !
-To WY mnie wychowujecie
od urodzenia i macie na mnie największy wpływ !
-To od Was zależy jak MY- dzieci
będziemy dbały o ŚRODOWISKO !
–  Uczcie mnie SZACUNKU do PRZYRODY !
-Dbajcie o swoje zwierzęta;
one są często Waszymi
„ więźniami ” ,całkowicie od Was
zależnymi ! / nie są to nic nie czujące przedmioty ! /
Pamiętajcie – dziecko nauczone szacunku do każdego,
najmniejszego stworzenia, na pewno nie skrzywdzi
drugiego człowieka
– Bądźcie dla mnie dobrym przykładem,
ale też przykład bierzcie ze mnie;
słuchajcie kiedy mówię Wam, jak i dlaczego należy
dbać o PRZYRODĘ, czyli  o samego  SIEBIE !!!

-„Zatrzymajcie się” czasami na chwilę…
Dostrzeżcie piękno MATKI NATURY!
Wasze DZIECKO ?

Te same slogany znajdą się też na eko-ulotkach, które dzieci wręczą rodzicom.
 W eko-kąciku mamy też eko-postanowienia wszystkich uczniów (na załączonym zdjęciu). Warto edukować, bo dobra nauka kształtuje świadomość, a stąd już tylko krok do wyrobienia właściwych nawyków i zachowań!
I jeszcze jedno! Mamy Miesiąc Dobroci Dla Zwierząt. Przewodnie hasło naszego szkolnego koła PCK, którego jestem opiekunem, brzmi: „Otwierajmy swoje serca dla innych”(…ludzi, ale także zwierząt). My zamierzamy zorganizować zbiórkę kocy, zabawek i wszystkiego tego, co potrzebują zwierzaki w schroniskach. W ubiegłym roku za sprzedaż samodzielnie wykonanych prac „origami”, które były jednocześnie losami w loterii fantowej, kupiliśmy i zawieźliśmy karmę do lokalnego schroniska. Myślę, że to dobry pomysł i ważny cel. Pamiętajmy, człowiek z natury jest wielkim egoistą- pomagając innym- robi dużo dobrego dla samego siebie!
I na tym chyba skończę dzisiejsze rozważania. Pozdrawiam

 

5 października 2009

 UWAGA! PILNIE POSZUKIWANI…

Stuk! Puk! Czy jest tam ktoś?! Czy dobrze trafiłam?

Dobijam się do TWOJEGO Serca i Umysłu!  Chcę porozmawiać o pięknie, ale i kruchości tego świata! Szukam wrażliwych (ja chyba zaliczam się do przewrażliwionych) na los istot zdolnych do odczuwania, np. cierpienia (koni, psów, żab…itp.,itd.); szukam tych, którzy utożsamiają się z hasłem: „Wszystkie na świecie stworzenia są godne istnienia!”. Szukam sprzymierzeńców do walki z „4 x bez”: bezmyślnością, bezdusznością, bezkarnością, bezczelnością – ludzką ( a może po prostu głupotą?!) w postępowaniu z naszą wspólną Matką – Ziemią.

Szukam Tych z „dobrze” rozwiniętymi zmysłami, np. wzroku – zachwycających się jesiennym drzewem, barwnym motylem, pięknem krajobrazu…, czy np. słuchu – słyszących szmer traw, szum wody, śpiew ptaków…; potrafiących na chwilę zatrzymać się w zgiełku dzisiejszego świata; pokornych i  doceniających potęgę NATURY…

Szukam kreatywnych i szczodrych, potrafiących jednoczyć się w ważnych sprawach oraz w prosty sposób dzielić się swoją wiedzą, przemyśleniami, życiową mądrością…

Może szukam Ciebie??? Jeśli tak – to się przedstawię.

Mam na imię Elżbieta; uczę przyrody i wychowania fizycznego  w małej, uroczej szkole, położonej w ładnym przyrodniczo miejscu- w parku krajobrazowym (z licznym drzewostanem, naturalnym stawem i ciekawymi” mieszkańcami”: nietoperzami, wiewiórkami, dzięciołami…). Mam przyjemność ciągłego obserwowania piękna i bogactwa zmieniającej się przyrody w czasie kolejnych pór roku, hasającej wiewiórki – „rudej kitki” po zaśnieżonym parku w czasie lekcji WF-u; skaczących małych żabek, w pewnym okresie odważnie oddalających się od stawu…

Ale nie wszystko wygląda tak „różowo”… niszczenie roślin, zaśmiecanie terenu, nie stosowanie zasad właściwej gospodarki odpadami, wypalanie traw, brak troski o zasoby naturalne Ziemi, niedbanie o swoje zwierzęta lub znęcanie się nad nimi („przyłapałam” dzieci, które wyszukiwanie małych żabek w trawie i ich rozdeptywanie traktowały jak fajną zabawę, a ich rodzice nie widzieli w tym nic złego) – to niestety codzienność w naszym świecie, w naszym otoczeniu – w moim i Twoim!
I dlatego właśnie pilnie poszukuję…

Mój / Twój głos, na tym blogu jest bardzo potrzebny!!! Zapraszam!!!
P.S. Prywatnie: żyję i funkcjonuję  w zwyczajnej rodzinie

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Zostaw komentarz
Podaj swoje imię