Blog – Marek Baranowski poznaje polskie rzeki
Marek Baranowski to niezłomny kajakarz, dla którego polskie rzeki nie kryją tajemnic… Poznaj jego przygody!

12 stycznia 2012 r.

Chrząstowa

Ładny grudniowy dzień… Słonecznie i bezwietrznie. Bus przewozi mnie na drogę Barkowo – Debrzno.  Tylko początkowe kilkaset metrów rzeki płynie przez las. Dalej łąki, które towarzyszą mi przez kilka kilometrów. Wysokie trzciny już nie w zielonych barwach, a brązowo-szarych, z prawej i lewej strony otaczają rzekę. Przyjemniejszy, ale „zwałkowy” odcinek zaczyna się za mostem na drodze Uniechów – Debrzno. Śliczny bo czysty i bez śmieci, ale też przyjemny bo powalone pnie drzew leżą w wodzie od lat. Nikt ich nie usuwa i nikomu też nie przeszkadzają… To piękny pierwotny obraz rzeki. Taki uwielbiam.

Ogromną niespodzianką dla mnie była – po przepłynięciu niewielkiego kamienistego bystrza – wiata edukacyjna – idealne miejsce dla kajakarza. Zatrzymuję się, by coś przekąsić i rozgrzać się ciepłą herbatką… Jeszcze kilka minut i wskakuję do kajaka. Rzeka rozgałęzia się, by znowu po chwili połączyć…

Największą jednak niespodzianką po dwóch kolejnych godzinach płynięcia jest szerokie jak jezioro rozlewisko. Za nim na przewężeniu elektrownia… To miejscowość Nierybie. Chyba najmniej gościnne miejsce dla kajakarza czy wędrowca. Wszędzie druty i siatka broniące tak wyjścia z wody, jak i ponownego wejścia… Stado łabędzi, które od wpłynięcia na szerokie rozlewisko mi towarzyszy, instynktownie zakręca i oddala się od tego niemiłego miejsca…

Muszę przenieść kajak… wszędzie tabliczki ostrzegawcze z zakazami… Obserwuję elektrownię – oprócz szczekającego psa – nie ma tam życia… Szybko przenoszę kajak i próbuję zwodować się 30 metrów dalej, już za zaporą elektrowni. Niestety – brzeg tak skonstruowany, że nie mam możliwości… idę dalej, ciągnę kajak i szukam… Wreszcie z niemałym wysiłkiem udaje mi się wskoczyć do kajaka. Płynę 50 metrów i kolejna niespodzianka – zastawiona siatką rzeka – na całej szerokości !!! Teraz kosztuje mnie to więcej nerwów i wysiłku. Muszę wspiąć się na wysoką skarpę i ponownie zwodować… trwa to ponad 20 minut. Jestem poirytowany tym faktem… Ale cóż… trzeba płynąć dalej… Po wąskim odcinku rzeki ponownie zaczyna się szerokie i długie rozlewisko, z wody wystają  pniaki drzew… To świadczy o tym, ze przede mną ponownie będzie tama, lub zastawka… Godzinę płynę podziwiając stada kaczek i łabędzi. Nareszcie spotykam ludzi – to wędkarze. Rozmawiamy chwile – widzą tu kajakarza po raz pierwszy. Proszą o pomoc w uratowaniu spławika – podpływam i odplątuje go z jakiegoś do polowy zanurzonego bala… Pozdrawiamy się i płynę dalej. Wreszcie tama – przy starym budynku – muszę ponownie przenosić kajak. Woduję się w sztucznie regulowanym korycie. Kamykami usiane dno i już tylko kilkaset metrów do mety – droga Człuchów – Lędyczek. W wodzie zaskakująco dużo ryb – to pstrągi…. Wesoło pływają wokół kajaka. Telefonuję po transport…
Rzeka w wydaniu pierwotnym – naprawdę było warto ;))

9 listopada 2011 r.

Cypriana Nauki w kajaku…

Decyzję o zaopatrzeniu naszej bazy w kajak dla 4-5 latków, podjąłem już dawno. Przeszkodą było… a raczej była Karolina. Jak ją przekonać… skutecznie i aby pomyślała, że jest niezbędny a nawet może bardzo, bardzo potrzebny. Nadmieniłem o tym raz…dwa…trzy razy : )

Hmm… nic, a więc to nie tak – spróbowałem jeszcze raz – tym razem przekonać musiałem ją przy pomocy Cypriana. Jego nie trzeba było namawiać – jak usłyszał, że jest szansa na to, by miał swój kajak, stał się motorem tego pomysłu. Cenę znaliśmy – termin dograliśmy – Karolina zaakceptowała „nasz pomysł”. Kolory… hmm, na pytanie jakie kolory – potrzebowaliśmy z Cyprianem  ułamka sekundy  – …………. I tylko termin… Wiedzieliśmy, że 4 – do 5 dni trwa praca przy stworzeniu tego dzieła. Po tym, transport z Lublina iii… nareszcie jest! Cyprian zachwycony – bo oto – On ! Jego własny i tylko jego ! Na początek przymierzanie – wszystko gra! No i pomimo tego, że był nowy to przecież musiał go umyć.

Szczęście na jego twarzy i ta świadomość, że kajak jest jego długo go nie opuszczały. Pierwsza lekcja na wodzie będzie trudna – tak wtedy myślałem. Dlatego przez kilka dni ćwiczyliśmy na „sucho”. I to chyba ułatwiło nam dalsze próby – już na wodzie. Minka zdecydowanie niepewna ale … śmiało siada i macha wiosłem. Tak… pierwszy kontakt z wodą jest najważniejszy. Musi mieć pewność, ze jesteśmy przy nim, i że nic złego się nie przytrafi jemu na tej małej wąskiej łódce.

Pierwsza lekcja na wodzie ukazała jednak wadę wiosła – zbyt duże i zbyt szeroki drążek… Zaczęły się poszukiwania … dopiero za radą jednego ze spływowiczów znaleźliśmy odpowiedni sklep i  piękne, odpowiadające wymaganiom Cypriana wiosło – a co najważniejsze – On je zaakceptował ).

W trakcie kolejnych lekcji na wodzie okazało się, że Cyprian ma świetne wyczucie i doskonale balansuje ciałem zapobiegając w ten sposób ewentualnym gwałtownym przechyleniom czy nawet wywrotce. Nie boi się i nie panikuje co jest bardzo ważne.

Jeśli uda się pielęgnować w nim to pierwsze zafascynowanie i rozwijać, to w dzisiejszym pędzącym do przodu świecie będzie potrafił poruszać się w naturalnych i dziewiczych miejscach. Stanie się też jednym z niewielu „młodych” szukającym przyjemności nie w internecie, grach czy filmach a w przebywaniu w naturalnych miejscach – dzikich i mało odwiedzanych – a jeszcze ich troszkę jest… na szczęście. Naszym zadaniem jest nauczyć go czerpać z otoczenia jak najwięcej – kajakarstwo turystyczne jest jedną z tych pasji, które są bardzo blisko natury…

26 października 2011 r.

Coraz mniej rzek zostaje w mojej okolicy do spłynięcia – zaczynam się nudzić. Wyjazd jesienią gdzieś poza okolice jest nieopłacalny. Mam na myśli krótsze dni i czas, jaki pozostaje wtedy do spłynięcia. Wyciągam mapę i szukam – Czernica, Lipczynka… Hmm… Biała? Nie, rzekę Białą pozostawiam na wiosnę. Jestem pewien, że jej poziom jest za niski. Poniżej znajduję dwa koryta – Szczyra i Chrząstowa – tak, tymi dwiema koniecznie muszę spłynąć.

Wyruszam w niedzielę samochodem – jest mroźno, ale słonecznie. Jestem uzbrojony w mapy i po kolei zaznaczam miejsca, które muszę odwiedzić. Udaje mi się zlokalizować pierwszy mostek. W okolicy Krępska nie ma jednak wody. Szukam kolejnego miejsca… To samo! Koło Biernatki też brak wody – jedynie pusty rów. Szczyra dopiero w okolicach Krzemieniewa ma szerokie i głębokie koryto. Woda jest czysta, a z góry mostu widać wiele gałęzi i ślady obecności pracowitych jak zawsze Bobrów. Na mapie widzę powyżej ostatniego punktu, w którym jestem drogę przez las od Skowarnek. Nie jadę jednak tam – odkładam to na następne zwiedzanie.

Przemieszczam się samochodem na drugą rzeczkę – Chrząstowa już w pierwszym zlokalizowanym miejscu jest szeroka i spławna i to nie tylko „jedynką”. Kolejne mosty odkrywają przede mną urok tej rzeki. Świetne miejsca do odbioru kajaków, a koryto szerokie i głębokie. Nawet o tej porze roku – bezopadowy okres – jest spławna dla „dwójek”. Czyste brzegi przy mostach i dogodne zejścia sprawiają, że mam na nią ogromny apetyt. Wzdłuż jej brzegu udało mi się dojechać do 5 mostów. Myślę, że spłynięcie całego odcinka – od Chrząstowa – zajmie do Gwdy, około 12 godzin, a więc śmiało można podzielić ją na dwa dni.

Szukam na ostatnim moście czegoś blisko, co mógłbym jeszcze sprawdzić. Rzeka Dobrzynka jest w zasięgu i tam się kieruję. Docieram do starego Młyna i oczom moim ukazuje się przepiękny wodospad – został on  co prawda sztucznie utworzony, ale wygląda na naturalny z uwagi na kamienie sprawiające wrażenie leżących tu od kilkuset lat. Rzeka równie czysta ale płytka. Spotykam przy młynie dwóch mężczyzn. Pytam o trudności i płycizny. Stwierdzają, że rzeczka jest nie do spłynięcia – ale trudno mi w to uwierzyć. Mam ją już w planach.

Po niedzielnym wypadzie, cieszy mnie widok czystych i zadbanych brzegów ale martwi poziom Szczyrej. Na mapach widnieje ale w rzeczywistości tak nie jest – jej nie ma i być może zmieniła swoje główne koryto.

Nie mogę się doczekać zdobycia tych pięknych i dzikich rzek 🙂

14 lutego 2011 r.

Mroźna rzeka

W piątek wieczorem telefonował Andrzej. Musiałem całkowicie zmienić plan niedzieli. Udało mi się skompletować nasz trzyosobowy skład: Justyn, Tobiasz i ja…  Andrzej wiózł pełnego busa Ludzi do Starej Brdy. My zaczęliśmy w Żołnie. Śnieg spadł dwa dni wcześniej więc nigdzie nie było widać śladów ludzkich stóp czy kół samochodowych. A takie coś zawsze napawa mnie optymizmem… brak ludzkich śladów świadczy o dzikości takiego miejsca 🙂 Słońce było wysoko, gdy wodowaliśmy kajaki. Pogoda wprost idealna. Nasi przyjaciele startujący ze Starej Brdy, musieli troszkę nadgonić trasę, by dopłynąć do nas. My prawie nie wiosłowaliśmy. Zwracam uwagę na zmienność lutego. Tydzień temu w sobotę, tak padało a teraz tak pięknie mrozi i na dodatek niebo jest bez chmurek. Czysty błękit i ciepło z nieba daje taką siłę do wiosłowania… Ale nadal nie wiosłujemy. Woda nas niesie, a my sczepiamy trzy kajaki do siebie i czymś w rodzaju tratwy kajakowej dryfujemy. Co rusz napotykamy jakąś przeszkodę, która chce nas rozdzielić, ale tak manewrujemy, by uniknąć zderzenia czy rozłączenia. Taka podróż gawędziarsko-spacerowa jest chyba jedną z tych gdzie każda chwila pozostaje na długo w pamięci, szkoda tylko, że czas tak szybko biegnie…

Otaczają nas cisza i spokój, a biały świat dookoła jest taki czyściutki. Rozmawiamy o wszystkim… o minionym sezonie, o nadchodzącym sezonie o życiu, problemach i miłych chwilach… Chyba nie ma dzisiaj tematu, którego choć odrobinkę nie uszczkniemy…

Nadal za nami nie widać naszych przyjaciół z Bytowa. Dwa razy, pary łabędzi szybują nad nami i niemal ocierają się o nas, strasząc trochę, ale też pozwalając napawać oczy swoim pięknym widokiem. Dopływamy do Nowej Brdy. Ludzie przy swoich małych ogródkach z niedowierzaniem nas pozdrawiają. Tak mało jest turystów spływających zimą. A przecież – jak już wcześniej pisałem – kajaki to wynalazek  Eskimosów. Pod wiatą rozbijamy mini obozowisko. Szybko rozpalamy ognisko i jemy spakowaną przez Karolinę drożdżówkę. Kawa z termosu starczyła już tylko na niewielkie łyki dla naszej trójki. Ale jej smak i aromat…mmm… Staramy się bezskutecznie skontaktować z  Andrzejem. Lider grupy niestety cały czas jest poza zasięgiem. Udaje nam się jednak ściągnąć Grzesia z kiełbaskami i po 30 minutach zajadamy się nimi. Niestety mijają dwie godziny i naszych Przyjaciół nadal nie ma. Telefonujemy po Karolinę. Cyprian wyskakuje wesoło z samochodu. Pakujemy cały nasz sprzęt i jedziemy do Przechlewa. Tadeusz z ekipy Andrzeja, odzywa się gdy jesteśmy na miejscu – na szczęście Janusz – zaprzyjaźniony leśniczy, jedzie po nich i dowozi do ich busa w Starej Brdzie.

Szkoda, że nie udało nam się wspólnie poobozować – ale już planujemy kolejny wypad 🙂

7 lutego 2011 r.

Deszczowy luty…  

Zapisy na zimowy spływ Brdą  trwały dwa tygodnie. Po stronie Andrzeja jak zwykle –  stała i pewna ekipa. Ile to już razy już od zakończenia letniego sezonu byli na wodzie…  My jednak pływamy mniej, ale teraz wspólny wypad miał być w większej obsadzie. Niestety – zapowiadane deszcze na sobotę „roztopiły” chętnych z mojej listy. Z 9 osób do 2 … Sławek na szczęście dojechał do mnie punktualnie, na 10 rano. Andrzej już po 9 telefonował, że jadą w pięć osób 🙂 Prawdziwi twardziele 🙂

Szymon wywozi nas do Nowej Brdy. Czekamy przy obelisku na samochód ekipy z Bytowa. Wychodzą uśmiechnięci, a więc i nam poprawia się humor. Cały czas pada deszcz…  Startujemy…  Razem ze Sławkiem jesteśmy na wodzie, zaraz po powitaniu z partnerami tego spływu. Po kilkuset metrach, czekamy na nich i rozmawiamy. Śnieg na brzegach jest już prawie niewidoczny. Niestety temperatura zrobiła swoje. Woda ma szaro-brunatny kolor. Z wszelkich strumyczków i zboczy leją się setki litrów do głównego koryta. Pierwszy raz widzę tak wysoki poziom wody na Brdzie… Dziele się swoimi uwagami ze Sławkiem i resztą dopływających. Mamy wśród nas kobietę Amazonkę  – Milena jest doświadczoną kajakarką, więc radzi sobie znakomicie – a nawet lepiej od nas.

Deszcz pada i pada, ale jest ciepło co naprawdę sprawia, że nie jest tak uciążliwy. Mam zabezpieczone w worku wodoodpornym dwie dodatkowe bluzy polarowe,  gdyby moja kurtka kajakowa nie wytrzymała tego napory wody z nieba.

Cisza przerywana jest przez mocne podmuchy wiatru… Jest sympatycznie pomimo tego, że wszyscy ociekamy wodą. Śmiejemy się, że jak przyjdzie mroźny wiatr,  to zamieni nas w bryły lodowe…

Dopływamy do pierwszego postoju. Pod wiatą robimy przerwę. Muszę ściągnąć polar i zamienić na inny. Uff… Jakie to komfortowe uczucie…

Ruszam pierwszy – chcę szybko pokonać rezerwat. W pewnym miejscu o mało nie zaliczyłem wywrotki ale to tylko i wyłącznie przez swoje gapiostwo. Nawet tu w rezerwacie, widać że stan wody jest podniesiony jak nigdy wcześniej… Po prawej stronie, granica wody osiąga pierwsze duże pnie buków.

Po drodze jeszcze dwa stada sarenek, przecinają wodę. Nadal płynę sam… Po niespełna 30 minutach jestem na Garbatym Moście. Telefonuję po Szymona. Czekamy trochę na resztę ekipy i zostajemy przerzuceni na Folbryk. Tam – ognisko, kiełbaski i super atmosfera. Najważniejsze, że pomimo płaczącego nieba, wszystkim humory dopisywały. A ja zdobyłem nowe doświadczenie – na spływ zabieram 3 bluzy polarowe. To doskonały wynalazek człowieka 🙂

21 grudnia 2010 r.

Rezerwat…

Wybieraliśmy się jak sójki za morze 🙂

Sama godzina nie została wcześniej ustalona, nawet dzień… najważniejsze,  że  ta chwila na wodzie była taka przyjemna. Przeciągające się przeziębienie i te dziwne pogody sprawiały, że mam spore zaległości w pływaniu kajakiem. Szymon, tym razem wyciągnął mnie z domu. Zdecydowanie spędziłbym niedzielę inaczej. Jak typowy leniuch. Pogoda idealna, śnieg czysty i w ogromnych zaspach zdawał się przypominać bardziej krainę Syberii niż województwo pomorskie.

Karolina dowiozła nas na pole biwakowe przed rezerwatem. Droga była zaśnieżona, ale kierowała jak prawdziwy zawodowiec. Jak tylko wydostaliśmy, nasz sprzęt z bagażnika dachowego w szalonych zjazdach z wysokiej skarpy, daliśmy upust swojej energii od tylu dni skrywanej. Karolina ze zdziwieniem spoglądała zza szyby samochodu. Pokręciła ze zdziwieniem głową  i odjechała.

Nie zabieraliśmy prawie nic ze sobą. To krótka ekspedycja – maksymalnie dwugodzinna. Zapiąłem kurtkę i już miałem zejść do rzeki, gdy mój kajak ze sporą szybkością zjechał prosto do rzeki… Szymon! – krzyknąłem – łap go. Właśnie wskakiwał do swojej łodzi, więc po chwili udało mu się dociągnąć do brzegu mój sprzęt. Uff… gdyby wpadł w nurt wody pod mostem, to nie udałoby mi się go tak szybko wydostać i kilkadziesiąt metrów musiałbym do niego biec. Brzegi skute lodem pod moim ciężarem załamywały się i przy niemałych trudnościach w końcu znalazłem się w moim „okręciku”.

Scenariusz zimowy, czysty i taki dziewiczy… To robi wrażenie! Po kilkunastu minutach byliśmy już w środku rezerwatu. Szymon pierwszy spostrzegł ślady zwierząt zbite w kilku, kilkunastu miejscach po obu stronach rzeki. Później zauważyliśmy zdartą korę z młodych drzew i jeszcze ślady wygrzebywania czegoś – trawy, liści, szyszek? Spod śniegu – bezskuteczne niestety. A więc zwierzętom najbardziej doskwiera ta mnogość śniegu. My podziwiamy, a One pewnie nienawidzą. Piękne brzegi  z nawisami lodowo śniegowymi nie robiły już na nas takiego wrażenia. W głowach tkwiła jedna myśl – okrutność zimy dla zwierząt.

Rzeka przyspieszała i musieliśmy skupić się na wiosłowaniu i sterowaniu. Na grubszych konarach wystających z wody lub przewróconych w poprzek rzeki drzewach, nazbierała się u góry metrowa nawet warstwa śniegu. Pokonanie tych olbrzymich przeszkód było prawie niemożliwe. Udało nam się dotrzeć do granicy rezerwatu bez wywrotki. Tu zdecydowaliśmy zrobić szybko, małe ognisko i upiec kiełbaski. Wesołe płomyki ogrzewały nasze zmarznięte dłonie. Tylko ręce nam zmokły. Jednak doświadczenie w doborze ciuchów do pływania jest na tyle spore, że czuliśmy się bardzo komfortowo a nawet momentami było nam za ciepło… Jeszcze 400 metrów, Kilka zakrętów i telefonujemy po Karolinę. Docieramy do strumienia, gdzie bezpiecznie i bez ryzyka zarywania brzegów możemy wysiąść „sucha stopą” z kajaków. Wspinamy się na zbocze przy Garbatym Moście i choć idzie nam to w tym głębokim śniegu ze sporymi trudnościami, to decydujemy się na zjazdy na kajakach w dół na odległość 40 metrów! Wrażenia niesamowite. Cała wyprawa zdecydowanie udana. Tylko w głowie przebija się myśl ze zwierzakami w roli głównej. Na pewno leśniczowie już dokarmiają leśnych mieszkańców. Postanowiłem też wywieźć pęk siana przed granicę lasu i to już jutro !

29 października 2010 r.

Mali podróżnicy

Karolina dopięła swego i zaprosiła mnie na pogadankę z przedszkolakami do biblioteki. Przygotuj się kochanie na spotkanie z dzieciaczkami. Wiesz…to sześciolatki, więc musisz opowiadać tak, by coś zrozumiały. Pomyślałem sobie, że te sześciolatki mogą dać mi w kość 😉  Ale jak  tu przygotować coś, co je zainteresuje… Zdjęcia wybrane, kajak spakowany, troszkę gadżetów i…mapki, tak…koniecznie mapki oraz przewodniki z obrazkami.

Jadę. Pada okropnie i jest zimno, ale mam czas na ułożenie całego planu spotkania. Karolina z Anką pomagają przy wypakowaniu sprzętu. Troszkę się z nimi droczę przy tej małej wystawce… ale później przyznaję rację. Idealnie to zaplanowały, a o to mi przecież chodziło 🙂 Nikt nie ułoży tych wszystkich akcesoriów kajakowych tak , jak One, a już na pewno nie ja. Kajak pomimo tego, że to jedynka (około 3 metrów), a sala sporej wielkości, ledwo nam się mieści. To najważniejszy element  spotkania. Dzieci słychać już na schodach… wchodzą chyba bardziej przestraszone niż ja, ale z uśmiechem mówią „Dzień dobry”. Troszkę zamieszania przy wyborze miejsc – najbardziej oblegany pierwszy rząd. Wszyscy na swoich krzesełkach… Pani Irenka z idealnym przemówieniem (zaskoczyła mnie) przedstawia nas sobie wzajemnie  i oddaje mi głos.

Wiem, że pierwsze minuty są najważniejsze, więc nudnego opowiadania jest tylko troszkę… iii…szybko przechodzę do ciekawej historii kajakarstwa i tu słynni Eskimosi z pierwszym kajaczkiem… porównanie skorupki do wieloryba. Szybko pokazuję kamizelki z gwizdkiem i na szczęście przewidując, że mogą uratować sytuację zabieram 5 sztuk, które znikają pomiędzy dziećmi i budzą wielką sensację. Teraz zdjęcia rzek o różnych porach roku… tu ciche westchnienia i nawet zdumienie… dochodzące ze strony małej publiczności. Udało się! Teraz już wiem, że złapałem z nimi kontakt. Zadaję pierwsze pytanie… drugie i trzecie… dzieci zgłaszają się bez oporu. Okazuje się, że prawie połowa z nich była z rodzicami na spływie. Prawie wszyscy widzieli jakieś zwierzątko. Przeważnie ptaszka nad rzeką, a nawet sarenkę. Cieszy mnie ich entuzjastyczne odpowiadanie na pytania i dzielenie się swoimi spostrzeżeniami. Dzieci potrafią opowiadać od serca, a gdy widzą choć troszkę zainteresowania ze strony innych, to z bobra spotkanego  na spływie robi się całkiem ciekawa historyjka.

Teraz kilka zdań o bezpieczeństwie i wyposażeniu apteczki. Najciekawsza część przed nami. Obiecałem, że wszystkie dzieci po kolei wejdą do kajaka. Nawet Panie mają problem z zapanowaniem nad  tą małą niecierpliwą brygadą. Część może oglądać wiosło i nawet ćwiczyć rzut rzutką. Demonstracja zasady działania worka wodoszczelnego jest czymś nowym i wzbudzającym zainteresowanie. Dopiero teraz przychodzi mi do głowy myśl. Nie zabrałem ze sobą żadnego patyczka oczyszczonego i uciętego przez bobry. A przecież podczas każdego spływu widać ich tyle… są tak naprawdę nieodzownym elementem każdej kajakowej wędrówki. Szkoda… ta rzecz była by hitem na tym spotkaniu.

Wszystkie dzieci mają zdjęcie w kajaku. Teraz wiem, że takie spotkania są potrzebne. Nie tylko maluchy uczą się ode mnie, ale też ja dowiaduję się tak wielu rzeczy od nich. Najważniejszą informacją, jaką udaje mi się zdobyć dzisiaj jest to, że wśród tych skrzatów jest wielu przyszłych kajakarzy czy obieżyświatów ciekawych wszystkich i wszystkiego. Odwaga małego człowieka i zaszczepione przez dorosłych pasje, budzą w tych dzieciach miłość do natury i naszego świata. Musimy tylko im w tym wszystkim pomóc… 🙂
18 października 2010 r.

Łupawa

Grypa rozłożyła nas oboje – Cypiego i mnie. Cyprian przez trzy tygodnie walczył ze zmasowanym atakiem bakterii i wirusów. Wiadomo – przedszkole. Niestety mnie pokonała po zastrzyku, który podobno miał chronić przed nią. A według zaleceń doktora musimy co najmniej dobry tydzień siedzieć w domku. No i tak zrobiliśmy. Dopiero w niedzielę zdecydowałem się popłynąć długo wyczekiwaną rzeką – Łupawą.

Do Kozina zawożą nas Karolina i Cypek – ja płynę z Szymonem.  Termometr samochodowy pokazuje temperaturę 4 stopnie na minusie na zewnątrz! A przecież to dopiero początek października! Cyprian z uśmiechem kiwa na pożegnanie ręką 🙂

Wyruszamy o 9 rano na rzekę. Woda paruje i nic nie wskazuje na to, by słońce pokonało przymrozek. Rzeka spokojnie, głębokim na prawie metr i szerokim na 8 – 10 metrów kanałem wije się wśród łączek i lasów. Nie pokazuje nam przez kilkanaście minut swojego srogiego oblicza, a przecież jest trudną przeciwniczką i bez wywrotki mało komu udaje się przepłynąć do miejscowości Łupawa. Imienniczki rzeki. Spadek i szybsze prądy porywają nas dopiero po 30 minutach od startu. Trafna nazwa rzeki! Pełno tu kamieni i rozłupanie kajaka z laminatu nie byłoby problemem dla tej przepięknej i szalonej wody. Znosi nas przy każdorazowej próbie pokonania bystrzy.

Wyrzuca do góry lub przechyla na bok na głazach i pniach drzew. Po dobrych dwóch godzinach decydujemy się na odpoczynek. Wybieramy mieszany – bukowo – świerkowy las. Uwielbiam świerki. Nawet, gdy pada dolne gałązki są na tyle suche by podtrzymywać ognisko. Dzisiaj mamy szczęście. Pomimo mocnego przymrozku słońce jest już wysoko i możemy już zdjąć kurtki, a koszulki z polarem w zupełności wystarczają. Ogień delikatnie opieka nasze kiełbaski. Herbatka z cytryną wyśmienicie smakuje, a my delektujemy się leśną ciszą. Jest nam tak przyjemnie, że stwierdzamy, iż ten dzień może tak trwać i trwać a my jutro wcale nie powrócimy do codziennych obowiązków.

Najedzeni wskakujemy do naszych łódeczek i dalej walczymy z mocnym prądem. Rzeka nas niesie i nawet nie mamy czasu na robienie zdjęć. Uwagę skupiamy na tym, by nie zaliczyć wywrotki. Woda jest niesamowicie zimna…brr… Nie uśmiecha nam się wpadka i zamoczenie. Skupienie jest tak mocne, że nawet nie możemy podziwiać tego, co na brzegach. Dopiero przed leśniczówką mamy chwilkę tym bardziej, że woda łagodnieje i sama natura odsłania przed nami kolejne niespodzianki w formie kolorów liści drzew i traw oraz innej roślinności. Rzeka skrywa przed nami kilka gatunków roślin. Bujnie zielony, podwodny las, podryguje wraz z wodą, która ukierunkowuje jego pochyłość.

Jeszcze nie jest na tyle zimno, by szarzały i zginęły wraz  z coraz niższymi temperaturami. Docieramy do mostu drogowego i sprawdzamy mapę. Przed nami kolejne 9 kilometrów wiec telefonujemy po transport i umawiamy się w Łupawie za 2-3 godziny. Dopiero teraz wiemy, co to słynna Łupawa! Jesteśmy niczym na tej wodzie. Kręci nami i robi, co tylko chce. Spadek jest prawie 4 %, więc mamy co robić. Nie wiosłujemy tylko staramy się przykleić do kajaka, by nie zostać rozdzielonym. Około dobrej godziny trwa ta nierówna walka, ale udaje nam się bez wywrotek dopłynąć do Łupawy. Warto było! Oboje zgodnie stwierdzamy, że nie była to prosta wyprawa. Ale jak pouczająca. Pokora, nawet przy sporym doświadczeniu powinna być na pierwszym miejscu :-). Kto zlekceważy tą rzekę, ten może zostać srogo ukarany. Czekamy na Karolinę a ośmioletni chłopiec łowiący na brzegu pstrągi opowiada nam o swojej największej złapanej rybie 🙂

3 września 2010 r.

Pokrzywna i Wieprza…

Deszczowy i ciepły poniedziałkowy poranek. Startujemy z Przechlewa o 8 rano. Jest nas pięcioro plus kierowca.

Po czterdziestu minutach jesteśmy na wodzie w miejscowości Bąkowo. Rzeka nie jest wcale płytka, a jej spadek pozwala na szybkie płynięcie.
Są wśród nas nowicjusze, więc nie szalejemy, a raczej nawet zabezpieczamy tyły. Bąkowo wybraliśmy na miejsce zrzutu z dwóch powodów – pierwszy to taki, ze jest tam dogodne miejsce do wodowania, a drugi – startując z Trzebielina stracilibyśmy około połowy dnia na dotarcie do samego Bąkowa, poza tym w Trzebielinie jest bardzo niedogodne miejsce do wodowania.

Rzeka odsłania przed nami kolejne przeszkody… Najpierw sporadycznie przewrócone drzewa teraz coraz częściej zaczynają nam zagradzać drogę.

Szlak jest malowniczy i piękny… Większość przeszkód pokonujemy bez wysiadania z kajaka. Po śladach na obu brzegach rozpoznajemy, że jednak co jakiś czas pojawiają się tu kajaki. Po dwóch godzinach robimy przerwę. Wybraliśmy zalesioną sosnami dolinę z wysokimi trawami. Po chwili nad ogniskiem pieczemy kiełbaski. Dla niektórych to pierwsze śniadanie. Większa część naszego biwakowego zapasu znika. Gasimy ognisko i wskakujemy do kajaków. Po 40 minutach jesteśmy już na Wieprzy, chociaż wrażenia są takie jakby to Wieprza wpływała do Pokrzywnej. Z lewej strony łączy swoje wody z prosto płynącą Pokrzywną, ale nazwę obie wody przejmują od Wieprzy. Tak naprawdę od tego momentu zaczyna się śliczny kawałek. Schowane w głębokiej toni głazy szarpią nam spody kajaków i dostarczają solidnych wrażeń. Potężne kamienie rozsiane na całej szerokości Wieprzy czasem wystają nawet po ponad metr nad poziom wody, a czasami tylko zawirowania toni zdradzają ukryte niebezpieczeństwo. Ponad godzinę trwa nasza przygoda na tym odcinku. Szybki nurt i przepiękne zbocza towarzyszą nam do pola biwakowego w Broczynie. Tutaj miła niespodzianka – spotykamy grupę kajakarzy – 10 osób próbuje wystartować z Broczyny. Pozdrawiamy się wzajemnie i nie przeszkadzamy sobie – w innym miejscu wychodzimy na brzeg.

Mamy za sobą kilkanaście kilometrów i czeka nas decyzja, kończymy czy płyniemy… Płyniemy!

Już po 20 minutach jesteśmy na wodzie. Przez cały czas słyszymy hałasujących kajakarzy z ekipy na pięciu dwójkach. Za pierwszym zakrętem poznajemy przyczynę tego krzyku. Jeden z kajaków miał wywrotkę. Ojciec z synem zdążyli już pozbierać ekwipunek i wylać wodę z kajaka. Pytamy, czy pomóc, ale widząc uśmiechnięte już twarze płyniemy dalej. Niestety po 10 minutach i wyprzedzeniu pozostałych czterech kajaków z mijanej ekipy i nam zdarzyły się dwie wywrotki. Na szczęście udaje nam się szczęśliwie wybrnąć z nieprzyjemnego zakrętu i choć dwie osoby są doszczętnie mokre to w dobrych humorach płyniemy dalej. Razem z Szymonem czekamy jeszcze przez moment, by asekurować miniętą wcześniej ekipę i już po chwili zostawiamy ich z tyłu. Zaczyna padać. Ostry deszcz sprawia, że co 30 minut robimy przerwy pod gęstymi konarami liściastych drzew. Nie wysiadamy z kajaków. Wszyscy jesteśmy mokrzy.

Zaczynamy się zastanawiać, czy nie poszukać schronienia gdzieś pod drzewami i rozpalić ognisko. Każdy z nas ma zapasowe i dobrze zabezpieczone rzeczy na przebranie. Jestem skłonny się zatrzymać tym bardziej, że dwójka naszych partnerów kajakowych ma silne dreszcze. Jednak większość głosuje za tym, by płynąć do pierwszego mostu. Jeszcze trwa ponad 1,5 godziny nasza męczarnia. Doszczętnie mokrzy docieramy do „Białego Mostu”. Szybko decydujemy o tym, by zbudować schronienie. Niestety most nie pomoże nam z uwagi na silny nurt. A i tak musimy na brzegu się przebrać. Po 10 minutach zbudowane z kajaków schronienie oraz z trudem rozpalone ognisko daje nam schronienie – tymczasowe, ale pewne. Przebrani zaczynamy wyszukiwać zapasów jedzenia. Wszyscy składamy to, co mamy na środek schronienia i… uczta!… Wróciły dobre humory i zaczynamy opowiadać sobie cały dzisiejszy dzień. Każdy wyłuskuje najzabawniejsze chwile i co chwilę parskamy śmiechem. Odbiór, pomimo kłopotów z zasięgiem mamy już ustalony… Jest nam teraz naprawdę przyjemnie… wygrzani i najedzeni leżymy i delektujemy się chwilą…

Deszcz zaczyna słabnąć i powoli pokazuje się słoneczko.

Najpierw przepływa obok naszego prowizorycznego, ale skutecznego biwakowiska mijana wcześniej grupa, doszczętnie przemoczona, a po kolejnych 30 minutach następna najwieksza grupa kajakarzy. Zdobyli Studnicę i na czerwonych jedynkach mokrzy i uśmiechnięci płyną dalej…
To był bardzo udany dzień… Samochód odbiera nas i bezpiecznie przewozi do domów…
9 lipca 2010 r.

Wieprza

Jest pogodna środa… Początek lipca. Wczorajszego dnia cały czas padało, a dzisiaj jest naprawdę przyjemnie. Wilgoć w powietrzu i delikatny wiaterek. Wyjeżdżamy wcześnie rano. O godz. 8 z minutami jesteśmy w Broczynie. Leśny parking i dwa namioty. Obok namiotów dwa kajaki. Pewnie odgłos naszego samochodu budzi turystów. Namioty zaczynają drżeć i wyłania się z jednego z nich zaspany turysta. Pozdrawiamy się wzajemnie. Ściągamy z Tobiaszem kajak i po chwili jestem na wodzie. Już za zakrętem i mostem pierwsza przeszkoda w postaci potężnego drzewa. Muszę wysiąść z kajaka i obejść drzewo. Nurt jest niespotykanie szybki. Mój kajak jest jak łupinka, mam problemy ze sterowaniem i musi minąć chwilka zanim przyzwyczaję się do tego, że więcej wysiłku muszę wkładać w manewrowanie.

Podoba mi się tu i to bardzo. Po kilkunastu minutach walki z wodą mam chwilę odpoczynku. Dzikość tego miejsca jest fascynująca. Wiem, że raczej spływów jednodniowych tu się nie przeprowadza. Tylko zorganizowane i bardzo doświadczone grupy mają szansę tu powalczyć. Po odpoczynku zostaję rzucony ponownie w wir rzeki i muszę z ogromnym wysiłkiem kierować swój kajak pomiędzy kłodami i ogromnymi kamieniami. Jest ich tu sporo. Większość wystaje nad powierzchnię wody, ale te ukryte pod wodą dają mi się solidnie we znaki. Przy sporej prędkości, jaką osiąga moja „jedyneczka” muszę uważać na te pochowane głazy. Wyrzuca mnie w górę, gdy tylko wpadam na taką przeszkodę, a to jest bardzo niebezpieczne i może spowodować groźny w skutkach przechył i wywrotkę.

Dwie takie sytuacje pozostaną w mojej pamięci… Zaczynam żałować, że płynę sam – po pierwsze teraz dociera do mnie, że w przypadku jakiejkolwiek groźnej w skutkach wywrotki jestem zdany na siebie, a po drugie – nikt mnie tu nie znajdzie…

Wiosłuję już prawie 3 godziny. Robię krótki postój na przepięknym półwyspie z prawej strony. Po śladach widzę, że to miejsce jest częściej odwiedzane przez turystów. Szlak Wieprzy nie jest zagospodarowany – można rozbijać namioty, ale tylko na dziko.

Docieram do pierwszego młyna – po dobrej godzinie kolejna przenoska i to spora – w Kępicach, a wcześniej przy elektrowni Kępka. W Kępicach jestem wściekły. Obsługa elektrowni nie pomaga swoimi odpowiedziami w szukaniu obejścia elektrowni. Przedzieram się przez 100 metrową ścianę pokrzyw. Złość jest jeszcze większa, gdy przede mną wyrasta wysoki na ponad dwa metry płot z siatki zwieńczony drutem kolczastym. Udaje mi się pokonać i to… do miejsca wodowania za garbarnią mam jeszcze ponad 100 metrów. Zmęczony wskakuję do kajaka. I tu znowu przyjemna niespodzianka. Przedzieram się pomiędzy widocznymi i niewidocznymi kamieniami. Prąd jest mocny i prędkość imponująca.

Po 30 minutach kolejny spokojny odcinek. Lasy i wysokie zbocza. Przeważa olcha i sosna… Później wpływam na łąki… Wiem, że mam jeszcze godzinkę wiosłowania przed sobą i muszę zakończyć spływ kilka kilometrów przed  Sławnem. Po znalezieniu mostu gdzie możliwe będzie odebranie kajaka, telefonuję po Tobiasza. Rozpalam małe ognisko i przyrządzam posiłek. Ten dzień to zdecydowanie jeden z moich najlepszych dni w kajaku… Rzeka niesamowita – zaskakująca i w większości nieskażona cywilizacją.

24 czerwca 2010 r.

Rekord

Hmm… pływam – rzadko, ale pływam. Napięty okres i strasznie wymagający turyści. Dlatego wymagam od siebie jak i od innych 100% zaangażowania i pewności siebie – jesteśmy najlepsi i dlatego wszystko musi być dopięte na ostatni guziczek a klient obsłużony jak nigdzie. Chyba to od zawsze była nasza przewaga. Nie sprzęt – bo przecież na początku ciężko z nim było a nastawienie i miłe oraz rzetelne podejście do klienta. Teraz jest czas na sprzęt – od dwóch lat – to już trzeci sezon wchodzimy w jeden kolor kajaków – zielone (ekologiczne) – kajaki najlepsze dostępne na rynku. Ale coraz mniej czasu na letnie pływanie … 🙁

Dlatego nawet 30 minut spędzone na wodzie ma taką wartość… A w miniony weekend się udało. Pobiliśmy swój rekord. Zaczęła się ta słoneczna niedziela bardzo wcześnie – o 5 rano ładowaliśmy przyczepy i już na 8 rano pierwszy transport jechał do Starej Brdy. Później jeszcze kilka przyczepek i nareszcie około 11:30 mieliśmy puste stojaki kajakowe i pełen parking samochodów.

Gdyby nie propozycja Szymona to nawet bym o tym nie pomyślał, ale udało mu się mnie namówić… Zapakowaliśmy jedynki na przyczepkę i Tobiasz wywiózł nas przed rezerwat Przytoń. Przy aplauzie kilkunastu turystów i Pani sprzedającej w punkcie gastronomicznym, biegiem i z kajakami w rękach ruszyliśmy na nabrzeże. Szymon wybrał łagodniejsze miejsce i szybciej znalazł się na wodzie. Gdy wpłynąłem pod most już go nie widziałem. Rezerwat jednak skrywa kilka niespodzianek nie tak przyjaznych turyście. Na pierwszym powalonym pniaku musieliśmy przekładać kajaki i ryzykownie do nich wsiadać.

Nogi zmoczone !

Ten odcinek jest przepiękny – Zbocza porośnięte bukami – 200-300 letnimi, stwarzają wrażenie wpłynięcia do starej, nieznającej cywilizacji doliny… Cisza… brak odgłosów cywilizacji… Tylko szum drzew – bardzo łagodny i śpiew ptaków. Po kilku minutach widzimy po lewej stronie sarnę… Woda krystalicznie czysta i z pięknymi, poruszanymi jej biegiem, jasno zielonymi roślinami… Stado kaczek – ogromne, bo liczące chyba 30 sztuk, ucieka szybko przed nami… Chwila relaksu… Iii…!!!! Zaczyna się nasz wyścig! Z czasem, z samym sobą, mój z Szymonem i Szymona ze mną! Ach… Ta piękna dolina zostaje po kilkunastu minutach za nami… Niecałe 20 minut trwała nasza wyprawa… Ale warto było 🙂 Tobiasz – po naszym telefonie z pytaniem czy może przyjechać na Garbaty Most i nas odebrać, prawie się zachłysnął „Nie wierzę, że już dopłynęliście”…

 

26 kwietnia 2010 r.

Przez cały tydzień telefonowaliśmy z Piotrem do siebie wzajemnie… Oczywiście tylko jeden temat przewijał nam się przez słuchawkę – spływ Lipczynką…  Ustaliliśmy termin – sobota, 8 rano wyjazd ode mnie … Oby nie padało, choć to pewnie przy naszym marzeniu zdobycia tej rzeki (pierwsi) nie miałoby  znaczenia…

Piotr musi wstać o 3 rano, z Poznania do mnie ma 200 km… Ja wstaję przed 6 rano… Wieczorem przy pomocy teścia na bagażnik samochodu ładuję dwa kajaki jedynki… Rano pozostaje mi tylko zamocować wiosła i spakować prowiant. Po obfitym śniadaniu zaczynam sprawdzać, czy w szczelnym worku 15-litrowym mam wszystko, co niezbędne na takiej wyprawie. Raczej o niczym nie zapomniałem, a do torby, którą zabieram dodatkowo zawsze, nie muszę zaglądać, tam jest  zawsze wszystko… Otwieram bramę i czekam na Piotra. Jest jak zwykle wcześniej – 7:30 melduje się u mnie. Przepakowuję wszystko i wyruszamy. Mój Tato wiezie nas nad Jezioro Lipczyno Duże. Niestety, zaczyna kropić. Wycieraczki dość leniwie czyszczą szybę z wody, ale po chwili i to na miejscu prawie, wychodzi zza chmur słońce.

Żegnamy Tatę i ruszamy. Plaża, z której startujemy jest przyjemna, a widok tak dużego jeziora o poranku też jest bardzo budujący… Szukamy wypływu… Wiemy, że jest gdzieś z prawej strony, ale gęsta trzcina przeszkadza nam w lokalizacji… Po 40 minutach rezygnujemy z dalszego przedzierania się przez gęstą ścianę trzcin… Wracamy na plażę i stamtąd przenosimy kajaki 120 metrów na przepiękną zatoczkę rzeczną… Lipczyka w miejscu naszego startu jest przepiękna! Nie marnujemy czasu – startuję pierwszy i umawiam się z Piotrem pod mostem za jakieś 20 minut… Bo tak przewidujemy, sądząc po mapie… Zaskakuje mnie nie tylko piękny brzeg porośnięty drzewami z podmytymi korzeniami, ale też mnogość ryb. Płocie i Ukleje ogromnymi stadami przepływają obok burt mojego kajaka. Dno rzeki jest niestety dość muliste. Choć w miejscu zrzutu – jakieś 30 metrów od jeziora dno było piaszczyste i żółte. Wkładam wiosło w wodę i wbijam w dno… Niestety nie zatrzymuje się, a więc z pozoru płytka rzeka jest bardzo głęboka. Szeroka na jakieś 4-5 metrów…

Ryby są i doskonale wiedzą jak z jeziora tu wpłynąć. Nam niestety ta wiedza nie będzie dana… Przed pierwszym mostem Piotr mnie dogania. Oboje wymieniamy spostrzeżenia z 30 minut pływania. Trudno uwierzyć, że jeszcze nikt nie zdobył tej rzeki. Jeśli naprawdę jesteśmy tu pierwszymi kajakarzami to to, co odkrywamy z wody jest prawdziwym cudem natury… Trochę problemów sprawia nam pokonywanie zwalonych pni bo przecież  jest ich tu całe mnóstwo…

Ale warto, naprawdę warto wysilać się i podziwiać ten ukryty przed ludźmi świat. Po kolejnej godzinie zaczynam uświadamiać sobie, że ta rzeka jest zbyt trudna dla przeciętnego kajakarza – turysty. A wiec zachowamy dla siebie ten szlak i tylko wybrańcom dane będzie przepłynąć rzekę. Im dalej posuwaliśmy się naprzód, tym bardziej uwidaczniają się  wspólne cechy wszystkich naszych rzeczek… Zakola, odcinki z większym spadem, mnogość tam bobrowych… Ale czegoś te inne rzeki nie mają… Już w południe przy potężnych promieniach słońca po prawej stronie burty mojego kajaka widzę dwa metrowej długości szczupaki… Widok zaskakujący! Ich cętki i spore rozmiary przypominają o tym, kto tu rządzi… A szef jest tylko jeden… Śmiejemy się z Piotrem i po chwili nie widzimy ich…

Robimy przerwę na ognisko… Miejsce jak zwykle nie przypadkowe… Wiemy, że nikt nas tu nie wypatrzy i swobodnie możemy odpocząć. Przerwa z jedzeniem pieczonych kiełbasek przy kawie i herbacie trwa 30 minut. Gasimy dokładnie ognisko i powoli się pakujemy do kajaków. Jeszcze łyk picia i sprawdzenie wygaszonego ogniska… Ruszamy… Zmienia nam się co rusz brzeg i dno rzeki… Przez jakiś czas płyniemy, widząc każdy kamień i wszystko, co w wodzie, bo dno jest piaszczyste, ale od czasu do czasu ciemne muliste dno straszy nas, choć pewnie rybom i innym stworzeniom daje przed naszymi oczyma schronienie…

Piąta godzina płynięcia jest początkiem 20-minutowego spływania pomiędzy głazami… Spore kamienie wystają z wody lub tuż pod nią starają się zarysować nam dna kajaków i co chwilętakim szorstkim odgłosem tarcia deski o beton przypominają o sobie… Jestem strasznie zmęczony tą walką z powalonymi pniakami… Chyba nigdy po 6 godzinach się nie poddałem… A teraz… Stwierdzamy wspólnie z Piotrem, że na najbliższym moście poprosimy o transport powrotny…  Warto było!
11 kwietnia 2010 r.

Piękne dni… Ciepło i z zapachem wiosny. Idealny czas na planowanie i pływanie… Zabieram Tatę i Synka na przejażdżkę samochodem. Cel to rzeka Lipczyka. Gdzieś tam na jednym z jej brzegów mamy nawet działeczkę. Więc gdy cofnę się pamięcią do czasów młodości ,to przypominam sobie nawet jakieś zabawy i próby pływania w niej czy łowienia ryb. Pewnie mało skuteczne, ale były… Jedziemy przez dwa mosty. Gdybyśmy mogli oglądać ją z lotu ptaka to jej ciekawy kręty bieg głównie przez lasy i łąki z Jeziora Lipczyno Wielkie aż do rzeki Brdy przypomina taką upuszczoną na ziemię wstążkę. Nie mamy niestety tej przyjemności, skrzydełek brak … Po  przejechaniu kilku kilometrów dojeżdżamy do naszej działeczki. Cyprian jakby wiedział w którym kierunku biec, choć jeszcze tam nie był. Podążamy za nim. Łąka podmokła, ale te kilka dni bez deszczu zrobiły swoje… Samochód zostawiliśmy przy drodze. Po prawej stronie kierując się ku rzece mamy przepiękna górkę dwuhektarową, a po lewej stronie las. Przed nami kolejne wzgórze tuż za rzeką. A więc kiedyś ta rzeczka była duża… Nawet z perspektywy kilkunastu lat wydaje mi się, że teraz jest mniejsza… węższa, a może to tylko złudzenie. Byłem przecież mniejszy. Pewnie Cypi też teraz myśli „wielka rzeka” . Pytam Tatę, co On sobie przypomina. Odniósł takie samo wrażenie jak ja, więc jednak… Teraz może i węższa ale głębsza – dochodzimy do takiego samego wniosku. Mniej zarośnięta, ale powodem jest pora roku. Idealna na kajak jedno, a nawet dwuosobowy. Czysta, kręta, z przepięknymi widokami. Pojedyncze domy na wzgórzach… Po prostu sielskie widoki. Kiedyś często tu przyjeżdżaliśmy. Nie doceniałem nigdy walorów tego kraju… dzieciństwa, nawet późniejszych etapów życia nie wiązałem z takimi miejscami. Teraz od kilku lat jest inaczej… Cyprian jest zachwycony, mogąc wrzucać patyki do wody… Nasze patyki ścigają się…. Dziadek jak zwykle idzie patrzeć jak „rośnie”… heh… Inne zainteresowania mamy, ale najważniejsze, że też stwierdza: rzeka nadaje się do spłynięcia kajakiem. Przez te kilka lat  kiedy najczęściej to On wywoził mnie na szalone eskapady nie raz słyszałem… a czemu, a po co, czemu to robisz i co Ci się podoba w tym pływaniu… Nic bardziej mobilizującego…hehehe… ale przyzwyczaił się i teraz jak sami słyszycie nawet jest ekspertem…

Jeszcze kwadrans i wracamy do samochodu. Lekki wiaterek w tym miejscu prawie zawsze odczuwalny jest chłodny. Chcemy jeszcze podjechać na dwa mosty w górę rzeki… Łączna długość jaka jest do pokonania kajakiem to niecałe 30 km. 27 dokładnie choć te dane nie są do końca dokładne. Słyszałem, że ktoś już pływał Lipczynką. Podobno nawet Niemcy w latach 30… Ciekawe… Dwa kolejne mosty – ten najwyższy i ten kolejny po nim też witają nas pięknymi widokami ze swoich pokładów.  A więc decyzja podjęta – w ciągu 2-3 tygodni muszę znaleźć czas –  wygospodarować w tym szalonym dla mnie okresie kilka godzin i zmierzyć się trochę z wspomnieniami z dzieciństwa, a trochę z własnym hobby… ale to wszystko w pozytywnym znaczeniu… Termin wyznaczam – awaryjną datę też… obym tylko wygospodarował te pół dnia… Praktycznie do wyruszenia potrzeba mi nie więcej niż 30 minut. Tak staram się być zawsze przygotowany.  Dlatego jeśli nie popłynę w następną sobotę to może niedziela a może nawet normalny dzień od popołudnia… choć to szalony pomysł…

Nasza eskapada trzypokoleniowa kończy się z dobrym humorem i pozytywnym nastawieniem. Choć większość czasu spędziliśmy w samochodzie to jednak taki wypad Dziadka, Syna i Wnuka to naprawdę coś pięknego. Obym za tydzień miał co pisać o mojej przygodzie w kajaku…
15 marca 2010 r.

Obiecywałem sobie w ten weekend popływać… hmm… obiecywałem sobie…, sobota miała być prawdziwym lenistwem… tak, tak… „…na kanapie siedzi leń…”. Tak było! Ale jakieś niespokojne myśli po tym sobotnim leniuchowaniu nie dawały mi spokoju. Najpierw zastanawiałem się nad tym, czy mocno nam śnieg w nocy przyprószy, później: czy uda mi się popłynąć, jeszcze później: czy może wybrać kręgle, a może mała wycieczka samochodowa do lasu…

Takie nocne myśli nie pozwalają zasnąć… wierciłem się i kręciłem, by w końcu znaleźć pozycje, ale nic… nic i nic… nasłuchiwałem oddechu Cypriana. Był mocno chory przez ostatnie dni, a każda noc była straszna. Majaczył i choć wydawało nam się, że nie ma gorączki to jednak rozświetlone do czerwoności policzki sygnalizowały coś innego. A więc niedziela miała być „ekologiczna”, bez fotela i telewizora i bez jedzenia, i bez Coli… haha… w sobotę wypiłem na wieczór dwa litry Coli!

Tak, dlatego nie mogłem zasnąć… Ekologiczny dzień rozpoczął się szybko, Cypi o godzinie 7 rano zrobił pobudkę. Czuł się już świetnie, tylko mały kaszelek przypominał o chorobie, a jego nosek troszkę podrażniony był już tylko leciutko cieknącym „kranikiem”. Po megakatarze nie zostało prawie w ogóle śladu. „Tata dudu”– kto zgadnie, o co mnie prosi …? Karolina pyta, czy zejdę z nim na dół… Nie! Chcę jeszcze poleżeć! Myślę sobie, ale mechanicznie podnoszę się z łóżka i zabieram go na słynne na całym świecie „opa”.

Oczywiście na dole włączamy bajkę i już zaczyna się piękny ekologiczny dzień! Siadam taki strasznie zmęczony nieprzespaną nocą obok małego i poddaję swoją głowę i szyję jego masażowi. Oglądamy fajną bajkę… heh… teraz to, o czym nie zdążyłem pomyśleć w nocy, ze zdwojoną siłą powraca. Co robić dzisiaj, marnować kolejny dzień? Hmm… spędzić go w domku  z rodziną to najlepsze rozwiązanie. Ale jak zwykle mój niesforny duszek włóczykij odzywa się i ciągnie. Wysyłam kilka sms-ów i szukam towarzystwa na wyprawę. Ale nie na Kajak! Na kręgle!  Po 30 minutach w kilku odpowiedziach nie ma słów: Tak, Ok., Dobrze, … itp… Tkwię z przekrzywioną głową pod ramieniem mojego syna i oglądam bajkę… już drugą… Ekologiczna niedziela fajnie się zaczyna, fajnie się pewnie też skończy… niestety nie mogę zabrać Cypriana na spacer, bo przecież wczoraj jeszcze mocno kaszlał, a taki podwórkowy wypad mógłby się źle dla niego skończyć…

Chciałem tak bardzo napisać Wam o mojej przygodzie z wiosną, na zewnątrz + 6 stopni i godzina 12 w dzień… Filmowy weekend! To najlepsze określenie dla tego weekendu. Wczoraj filmy i reportaże, a dzisiaj bajki. Na dodatek małe warsztaty muzyczne, w których dyrektorem akademii jest Cyprian. Tata śpiewa wszystkie piosenki z Bajek : Bracia Koala, Listonosz Pan, Strażak Sam, Pinki Dinki, Du… pełna gama i szeroki wybór… głos hmm… najgorszy we wsi ale synkowi się podoba, więc ulżyłem sobie, a satysfakcja ze strony szefa gwarantowana.

Po śniadaniu i chwili przed komputerem nakrywam Mamę i Synka na spaniu w fotelach! Spryciarze zsunęli 3 fotele i smacznie śpią… Nie pozostaje mi nic innego chyba dzisiaj, jak tylko za chwilkę przyłączyć się do nich. Może uda mi się „odpracować noc”… a nawet, jeśli nie całkiem to, choć troszeczkę zregenerować siły przed zbliżającym się ciężkim tygodniem…

8 marca 2010 r.

Nareszcie Wiosna!

Wiem, wiem… powiecie, że za wcześnie krzyczę, ale cóż mam odpowiedzieć – ja ją po prostu czuję – czuję w domu i czuję rano, gdy patrzę przez wielkie okno na ogród… Pomimo zalegającego śniegu i przysłowia, które wciąż ktoś mi powtarza jak mantrę „W marcu jak w garncu” ja nie chcę przypominać sobie przez wszędobylski w tym roku mróz i śnieg o zimie…

Pierwsze kajaki w tym roku! Tak, tak – wy sobie siedzicie planujecie wakacje a my, wszyscy organizatorzy spływów jak mróweczki przygotowujemy się do spływów, najpierw samotny rekonesans…kilkoma rzekami na odcinkach najbardziej popularnych i najczęściej w sezonie odwiedzanych… Sprawdzamy ilość powalonych drzew, sprzątamy rzekę i jej brzegi… dzisiaj słoneczko przygrzewa z taką siłą, że pomimo nocnego (porannego) przymrozku – minus 9 pokazał samochodowy termometr… o godzinie 11 w dzień jest całkiem przyjemnie… polar wystarcza + wełniana czapeczka oczywiście…

Kierowca wypuszcza mnie w Żołnie, pozdrawiamy się wzajemnie i znika mi z oczu.. cisza… uwielbiam tę ciszę… nic nie maci spokoju, do czasu. Ptaszek… jaki… sam jestem ciekaw, kto wydaje z siebie takie piękne i czyste dźwięki. Nie pokazuje się… Jest pewnie koło zera – odczuwalna temperatura nawet wyższa dzięki promieniom słońca. Nikogo dziś nie spotkam – to pewne i wielce pocieszające 🙂

Dźwięk wydawany przez skrzydlatego towarzysza przypomina mi o tym, że właśnie w ciągu tych kilku dni coś się skończy a coś zaczyna… ptaszek jest zwiastunem nie tylko ciepła, ale też nieuchronności wydarzeń. Wiem, że jeszcze jest zimno i biało. Brzegi zdają się o tym mówić…  Odczuwam chłód i choć słońce grzeje i zdaje się nie poddawać w tej walce, w której w końcu zawsze o tej porze roku zwycięża. A jednak zimno czuje… lód na brzegach wiszący nad wodą… przypomina o tym, jaką temperaturę ma jeszcze teraz rzeka. Za miesiąc już spokojnie wejdę w ten świat – mokry świat….  Jak co roku przy sprzątaniu rzeki…

Delektuję się nie tylko dźwiękami wiosny – dźwięki to ptak, szum suchych traw, które niedługo będą zielone, plusk wody i ciepłe promyki… ale też z wysoka patrzącemu na dół słońcu.

Słucham tego dzikiego świata z rozkoszą, za którym zawsze tak tęsknie i ilekroć mam możliwość to bez wyrzutów sumienia uciekam do niego by słyszeć jego oddech i wołanie…

Wiem, że za dwa miesiące na tym odcinku, kajak za kajakiem będzie walczył o prymat pierwszeństwa… ludzie będą krzyczeć i śmiać się a ja nie będę miał czasu na takie wyprawy… kwiecień muszę zaplanować tak by nasycić oczy i swoje ego całym tym światem, który będzie dla mnie.

Robię krótką przerwę, niespełna 15 minut… bez rozpalania ognia… musze ruszać dalej. Łyk gorącej herbaty dodaje mi wigoru. Brzegi faktycznie są białe a w lesie czuć chłód… a wiec jeszcze za wcześnie na radość. Zima trzyma… oby to ostatnie jej chwile były u nas… Tak bardzo teraz potrzebuję wiosny…
Dopływam do Nowej Brdy po godzinie od przystanku… Czas średni, ale wrażenia nadspodziewanie wyjątkowe… Pierwsze oznaki wiosny jednak są! A jakie? Tego Wam jeszcze nie zdradzę 🙂 

1 marca 2010 r.

A jednak są jeszcze myślący ludzie…

Cała ta gadanina o „Naturze 2000” strasznie mnie denerwowała, i to od samego początku… Mam nadzieję, że Pani Redaktor w całości opublikuje moje bazgroły. Jestem człowiekiem, który stara się nie działać na szkodę naturalnego środowiska. Jeśli coś robię źle, to nie celowo. Proszę sobie wyobrazić, że pewne elity starają się zrobić z naszego kraju skansen. Wcześniej zrobiono taki pseudoraj z Hiszpanii, a teraz wciskają nam jakieś bzdurne przepisy do głów i pseudoekolodzy, bo tak ich nazywam starają się zamknąć 40% obszaru Polski, nie wiadomo dokładnie dlaczego… Przecież skoro znaleziono tam żabkę, która już dawno uważana jest za zaginiony gatunek, to po co zamykać, skoro Ona tam jest i przeżyła. Jeśli nasze działania będą skierowane w celu monitorowania i uświadamiania społeczeństwa, to lepiej te pieniądze zostaną wykorzystane. Te nakłady na inwentaryzacje obszarów pod Naturę 2000 to istne szaleństwo… Uważam się za bardziej ekologicznego niż niejeden z tworzących obszary Natury… Strach mnie ogarnia na myśl, że w zachodniej Europie patrzeć będą na nas przez pryzmat zacofania… nie naturalności a właśnie zacofania. Stracimy niejedno pokolenie młodych ludzi i uświadamianie ekologiczne zakończy się tylko i wyłącznie na selektywnej zbiórce odpadów… O zgrozo… w ciągu 3 tygodni miałem okazję spotkać się z miłośnikami przyrody, miłośnikami kajakarstwa i osobami decydującymi bezpośrednio, co do  obszarów chronionych. Pierwsze spotkanie ukazało mi prawdziwy obraz naszego kraju za kilka lat. Nasza pasja kajakowa może kiedyś się skończyć. Jeśli po wyznaczonym próbnym okresie pseudoekolog stwierdzi, że kajakarze szkodzą bardziej niż pomagają to niestety – pewne obszary zostaną wyłączone z naszego aktywnego zwiedzania i podziwiania… Kolejne spotkanie udowodniło, że jednak tam na górze myślą nie tylko o pieniądzach, ale również o ochronie tego, co cenne… tylko dlaczego tak mało się robi, a tak dużo mówi… Na szczęście, podsumowując wszystkie wyjazdy, dochodzę do wniosku, że za kilka lat będziemy mieli świetnie rozbudowany system informacji ekologicznej obywateli dzięki pokoleniu 17- i 20-kilkulatków… w nich nadzieja, bo moje pokolenie jest już stracone, a brak działań ze strony decydujących o strategii na przyszłe lata, jak również i co głównie uważam za porażkę, ograniczenia, które z coraz większą siła będą wpływać na tereny objęte ochroną, spowodują braki w ekologicznym myśleniu połączone z błędami w praktycznej wiedzy u nas wszystkich…

Coś utkwiło mi w pamięci… ochrona przyrody bez zakazu wstępu, monitorowanie i coroczne spotkania w celu omawiania spraw, które szkodzą i które pomagają zachować pierwotny stan. Mnogość tablic i innych drogowskazów informujących o tym jak się zachować w obszarze rezerwatu. Młody człowiek, który zdecydował się wyjść z inicjatywą wspólnego działania – RDOŚ-u i organizatorów spływów, zyskał moje uznanie… Tylko wspólnie i przy ogromnym wysiłku możemy coś zmienić… nie zatrzymujmy ludzi, którzy chcą popatrzeć na ostatnie zagrożone gatunki… pokażmy im to, wprowadźmy w naturalny świat i uczmy zachowania… Więcej pożytku z tego będzie niż z zakazów, które wszyscy łamią i przy okazji krzywdzą tych i to, co chcemy chronić…
8 lutego 2010 r.

Początki zwiedzania świata z kajaka

Zastanawiałem się długo jak rozpocząć …

Postaram się troszkę cofnąć…

…współczesny Tramp (moja opinia) może podróżować na kilka sposobów… ominę celowo  zwiedzających miasta czy inne miejsca, bardziej ucywilizowane. Skupię się na tramperstwie typowym i tradycyjnym. Jak wspomniałem – sposobów jest wiele – najtańsze to pieszy i rowerowy. I jednocześnie są najskuteczniejsze, bo nie ma przeszkody, której w ten sposób nie da się pokonać… pozostaje jeszcze konny i kajakowy… Ja wybrałem ten ostatni – kajakowy.

Zaczynałem od leśnych wycieczek pieszych, stopniowo przechodząc na rower. Do momentu, kiedy moje życie przeniosło się do miasta – na chwilkę. W wieku 19 lat miałem za sobą kilka przygód na Mazurach i oczywiście te codzienne na Kaszubach. Potem wojsko, studia (taka kolejność właśnie), praca w mieście. Ale jak tylko miałem wolną chwilę wracałem w swoje i tylko swoje miejsca. Nie ważne czy pieszo, czy rowerem. Pierwsze wypady kajakowe – ostrożne i prawie wyłącznie związane z jeziorami zacząłem dość późno, bo w wieku 14 lat. Z wiekiem z różną intensywnością i różnym stopniem trudności. Czasem były dłuższe przerwy. Nie pływałem też zimą, co teraz nadrabiam z wielkim zaangażowaniem. Na szczęście wróciłem do rodzinnej miejscowości. Od 25 roku życia na stałe związałem się z tym miejscem. Nie zamieniłbym tej mojej małej ojczyzny na miasto. Chociaż długo moja Żona namawiała mnie na ucieczkę do miasta, to jednak ja pozostałem uparty w tym temacie. Dalej twierdzę, że nasze życie na wsi to najlepsze rozwiązanie. Nie  „uciekliśmy” do miasta, a Żona przekonała się do walorów wsi… na szczęście i sama po pewnym czasie przyznała, że słuszną podjęliśmy decyzję, pozostając. Teraz mogę oddawać się swojej pasji, a związanie życia, już nie tylko hobbystycznie, z kajakami sprawiło, że mam na co dzień taką możliwość.

Mam teraz 31 lat. I chociaż często robimy wypady do miasta to jednak całe życie jakie toczy się wkoło, przedstawiam mojemu synkowi  w pierwszej kolejności z ukazaniem walorów życia na wsi. Nie trzeba dużego wysiłku by wskoczyć na rower czy nawet wybrać się na piechotę do pobliskiego lasu. Razem z Cyprianem mamy supertowarzyszkę – Astę, naszego czworonożnego Przyjaciela.

Na kajak jej nie zabieramy, ale prawie zawsze gdy idziemy o własnych nogach czy jedziemy rowerem.

Początkowo moje wypady tramperskie nie były tak przygotowywane, jak teraz. Uzbrojony w najnowsze osiągnięcia techniki mogące pomóc w przyjemnym bytowaniu z naturą, zdobywam kolejne doświadczenia z biwakowania pod chmurką. Dobry ubiór i solidny sprzęt biwakowy spakowany do kajaka pozwala bez obaw sycić wzrok pięknem natury. Niestraszny deszcz czy szybko zachodzące słońce. Polecam Państwu każdą formę spędzania wolnego czasu na powietrzu. Bez względu na porę roku, choć sam przyznam, że zimą  mam najwięcej czasu. A jednak najfajniejsze są spotkania z lasem wiosną w kwietniu i później we wrześniu.  Nie zawsze mój synek może mi towarzyszyć, ale staram się by było to jak najczęściej i by zdobyte doświadczenie wskazało mu dobry kierunek w życiu i pomogło zauważyć to, czego ja jeszcze nie widzę. Czuć oddech lasu i prąd samotnej dzikiej rzeki… to tylko początek… później przychodzi czas na dostrzeganie tego, co z okna samochodu jest niemożliwe, a w końcu nadejdzie zgranie swojego oddechu z oddechem dzikiego świata i ucieczka, choć na moment od rzeczywistości jaką zafundowała nam cywilizacja…

Kocham wygody dzisiejszego świata – i tak naprawdę cieszę, się, że mamy takie czasy. Ale nade wszystko doceniam to, co daje nam natura. Uczę się szanować każde drzewo i każdy kamień. Postaram się przedstawić Państwu mój punkt widzenia świata – pewnie będzie strasznie zawężony, bo „z kajaka”. Pewnie wielu z Państwa nie będzie się podobała moja filozofia życia, jeśli można nazwać to filozofią… ale zawsze chętnie odpowiem na pytania i będzie mi miło jeśli choć części z czytających, spodoba się relacja z moich kajakowych wędrówek. Zapraszam serdecznie do mojego świata…

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Zostaw komentarz
Podaj swoje imię